IV. PAŃSTWO I SPOŁECZEŃSTWO POLSKIE WOBEC ROZPADU SYSTEMU WERSALSKIEGO (1935-1939) Przegrupowania w elicie władzy i opozycji po śmierci Piłsudskiego Historycy dziejów Polski międzywojennej oraz biografowie Piłsudskiego są zgodni, że szczyt aktywności Marszałka przypadł na walkę z Centrolewem. Potem zaczął się zmierzch. Wypoczynek na Maderze rozpoczęty wyjazdem do Portugalii 15 grudnia 1930 r. i zakończony 29 marca 1931 r. w Gdyni nie zamknął bowiem stanu częściowej apatii. Słowa wypowiedziane przez Marszałka na posiedzeniu Rady Ministrów 28 listopada 1930 r., że na skutek poirytowania „boi się z ludźmi rozmawiać" i nie może już „więcej pracować", wywołały wśród jego drużyny popłoch. Telegramy, listy, kartki pocztowe z życzeniami powrotu do zdrowia słane tysiącami na Maderę oraz zawirowania wywołane romansem z dr Eugenią Lewicką — jakby utrwaliły stan kryzysu. Po powrocie do kraju Piłsudski unikał publicznych wystąpień, stronił od wywiadów, niewiele pisał i rzadko telefonował. „Niekiedy wyrażał chęć telefonowania sam — wspomina kpt. M. Lepecki — ale było to kilka razy w ciągu kilku lat, nie licząc rozmów z rodziną". Marszałek stawał się posępny, podejrzliwy, przedwcześnie stary. Możemy mówić o powolnym, trwającym kilka lat rozpadzie osobowości Marszałka, co łączyło się z rosnącymi obawami wywołanymi postępującą chorobą nowotworową. Zmiany te, skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną, były widoczne dla najbliższego otoczenia, które coraz częściej musiało znosić katusze. Piłsudski za- martwiając się pytaniem o przyszłość kraju raz po raz poniewierał potencjalnych następców. Kazimierz Świtalski podaje, że 31 stycznia 1934 r. Marszałek w obec- ności płk. Sławka „objeżdżał [...] najważniejszych generałów pochodzenia legio- nowego [...] odbierając nam przekonanie, że któryś z oficerów mógłby Komen- danta zastąpić". Nikogo z najbliższego grona Marszałka nie mogło radować zapraszanie na posiedzenia awansowe pułkownika, od 1932 r. generała Wieniawę-Długoszow- skiego. „To jest człowiek, któremu bezwzględnie wierzę, i dlatego on zbierze wasze kartki z głosowaniem" — informował Piłsudski. Zapatrzony w Komendanta gen. Felicjan Sławoj Składkowski dobrze oddaje atmosferę tych spotkań w GISZ-u, z których także wyziera brak zaufania Marszałka do najbliższych współpracowni- 280 ków. Na ostatnim posiedzeniu awansowym, 2 marca 1935 r., w sposób gwałtowny krytykował on polskie przywary, w tym zwłaszcza „małą protekcję" uznaną „za najbardziej świńskie narzędzie zepsucia", w którym jest masa „brudu i pa- skudztwa". Wyczerpany tą emocjonalną mową opuszczał salę z trudem. Ale mimo kłopotów z chodzeniem (utykał na prawa nogę), znacznej utraty wagi stanowczo odmawiał zgody na badania lekarskie. Ustąpił na kilkanaście dni przed śmiercią. Badanie sprowadzonego z Wiednia prof. Wenckebacha, któremu towarzyszyli polscy lekarze gen. Stanisław Rouppert i płk Stefan Mozołowski, przeprowadzone 25 kwietnia, zakończyło się stwierdzeniem raka wątroby nie nadającego się do operacji. Pierwszy Marszałek Odrodzonej Polski zmarł 12 maja 1935 r. o godzinie 8.45 wieczorem. Jakkolwiek o chorobie, a więc i śmierci Piłsudskiego rozprawiano przez wiele miesięcy, to jednak wiadomość o zgonie wywołała w całym kraju ogromne wrażenie. Żałoba była powszechna i szczera; objęła także wielu polityków z opozycji. W uroczystościach pogrzebowych w Warszawie i Krakowie uczestniczyły tysiące osób, na ogół świadomych, że w historii państwa zamknęła się ważna karta. Trwające i widoczne już od pewnego czasu przegrupowania na polskiej scenie politycznej od połowy 1935 r. nabrały przyśpieszenia. Prezydent Mościcki, który za życia Marszałka „[...] unicestwiał się w religijnym jakimś oddaniu" (to słowa Rataja uwiecznione w pamiętniku), po jego śmierci wykazał wolę działania na własny rachunek. Podczas posiedzenia rządu, które odbyło się z jego udziałem w nocy z 12 na 13 maja, sprzeciwił się dymisji gabinetu Walerego Sławka, ale poparł projekt rozdzielenia dwóch głównych stanowisk wojskowych kumulowanych dotąd przez Piłsudskiego, Szefem GISZ-u został gen. Edward Rydz-Śmigły, natomiast ministrem spraw wojskowych gen. Tadeusz Kasprzycki. Zasadnicza rozgrywka o schedę po Marszałku została odłożona do jesieni, kiedy odbyły się wybory parlamentarne Przeprowadzono je według nowej ordynacji wyborczej, która w sposób istotny zmieniała dotychczasowy system. Liczba posłów została zmniejszona do 208 osób, wybieranych na 5 lat w 104 dwumandatowych okręgach wyborczych. Podniesiona została granica wieku dla głosujących z 21 na 24 lata, a wybieranych z 25 na 30 lat. Odstąpiono od praktyki zgłaszania kandydatów przez grupy obywateli na rzecz Okręgowych Zgromadzeń Wyborczych skupiających przedstawicieli samorządu, związków zawodowych i stowarzyszeń. Niewielkie szansę kandydatów opozycji szły w parze z niezadowoleniem wyborców, którym w zasadzie pozostawiono możliwość wyboru jednego spośród dwóch kandydatów „miłych władzy". Cechy systemu autorytarnego widać także w ordynacji wyborczej do Senatu, który składał się z 96 osób w jednej trzeciej mianowanych przez prezydenta. Prawo do głosowania na pozostałych 64 senatorów, wybieranych w okręgach, miały osoby po ukończeniu 30 lat; senator musiał mieć co najmniej 40 lat. Nowe zasady wyborcze zostały źle przyjęte przez ogół społeczeństwa. Niewiele zmieniło wyciszenie działalności BBWR-u w trakcie kampanii wyborczej, co było próbą dostosowania się sanacji do reguł ustalonych w nowej ordynacji wyborczej eliminującej partie polityczne z procedury wyłaniania kandydatów na posłów. Wołanie opozycji o bojkot wyborów wyznaczonych na 8 września 1935 r. było skuteczne. 281 Po odliczeniu głosów nieważnych nowy Sejm został wybrany tylko przez 35,5% uprawnionych do głosowania. Triumfowi opozycji — od narodowców, poprzez chadeków i socjalistów, aż po komunistów — towarzyszyła konsternacja obozu władzy, dość szybko przezwyciężona. Główne funkcje w parlamencie zostały po- wierzone wypróbowanym piłsudczykom — marszałkiem Sejmu wybrano Stani- sława Cara, a Senatu Aleksandra Prystora. Ich rola, podobnie jak izb, którym prze- wodzili, stawała się coraz bardziej dekoracyjna. Nazywany przez opozycję „Sejm mianowańców" odegrał fatalną rolę w dziejach polskiego parlamentaryzmu. Utrwalona została droga prowadząca do dalszego rozwoju specyficznej dla Polski dyktatury, w której centralną rolę odgrywał wyposażony w konstytucyjną władzę prezydent. W walce podjętej z tzw. grupą pułkowników związał się on z gen. Rydzem-Smigłym, który jako szef GISZ-u miał krytyczne zdanie na temat stanu wyposażenia technicznego polskiej armii. Reorganizacja sił zbrojnych wymagała znacznych środków, których nie mogła dostarczyć gospodarka polska nadal borykająca się z recesją. Także z tego punktu widzenia problem obsady stanowiska wicepremiera odpowiedzialnego za tę sferę działalności rządu żywo zajmował cały sanacyjny obóz władzy. Życzenie prezydenta Mości ckiego, aby funkcję tę powierzyć inż. Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu, odsuniętemu przez piłsudczy-ków w 1930 r. ministrowi przemysłu i handlu, nie zyskało aprobaty premiera Sławka, który 12 października 1935 r. podał się do dymisji. Spory w obrębie elity pił-sudczykowskiej stały się tematem publicznych i prywatnych rozmów po tym jak tworzenia nowego rządu podjął się płk Marian Zyndram-Kościałkowski, będący w zdymisjonowanym gabinecie ministrem spraw wewnętrznych. Złamanie solidarności w obrębie byłych oficerów „dwójki" przez polityka po- wszechnie uważanego za eksponenta sanacji (był m. in. wiceprezesem BBWR-u) wzmogło także kontrowersje w elicie władzy. Dotychczasowy monopol „pułkow- ników" jako grupy rządzącej w cieniu Marszałka został złamany. Widoczne było zwłaszcza eliminowanie płk. Walerego Sławka, dotychczasowego premiera i jed- nego z najbliższych współpracowników Marszałka, najpoważniejszego kandydata na prezydenta RP po wejściu w życie konstytucji kwietniowej. Plany te okazały się nierealne. Z jednej strony nowa konstytucja nie dawała formalnych podstaw do usunięcia Mościckiego, z drugiej zaś on sam zasmakował w prezydenckim urzędzie, stając się centralnym punktem władzy w państwie. Na temat malejącej roli płk. Sławka wiele mówi zjazd Związku Legionistów, który wybrał go 6 sierpnia 1935 r. na prezesa zarządu głównego, ale owacje na cześć obecnego na zjeździe Rydza-Śmigłego pokazywały, kto zdaniem zebranych jest przywódcą obozu po stracie Komendanta. Na kolejnym XII Zjeździe, który odbył się 24 maja 1936 r. w Warszawie, Rydz-Śmigły formalnie zastąpił płk. Sławka na tym stanowisku. Podobnego zdania na temat miejsca poszczególnych polityków w elicie władzy byli członkowie Polskiej Akademii Literatury, czemu dali wyraz 8 listopada 1935 r. podczas dorocznego uroczystego posiedzenia Akademii z udziałem premiera, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów i generalicji, w tym Rydza- Śmigłego jako szefa GISZ-u. Prezes PAL Wacław Sieroszewski w serdecznych słowach powitał Rydza-Śmigłego jako nowo mianowanego członka protektora Akademii na miejsce Piłsudskiego. „Zarządzono powstanie, sala powstała również" — zanotowała Maria Dąbrowska. 282 W podobnych sytuacjach sześćdziesięcioletni wówczas gen. Edward Rydz- Smigły utwierdzał się w przekonaniu, że to on właśnie jest najodpowiedniejszym kandydatem na lidera w państwie, wedle wzorca wypracowanego w minionych latach. Mówiono tak tym chętniej, że dość zgodnie uważano go za dobrego woj- skowego, stroniącego od angażowania się w inne sprawy, zwłaszcza polityczne. Rozwój sytuacji przekonanie to szybko zweryfikował. W krótkim czasie stał się bowiem Rydz-Śmigły nie tylko liderem kół wojskowych, ale także jednym z głównych reżyserów życia społeczno-politycznego w kraju. Dzielił się tą rolą z prezydentem Ignacym Mościckim — liderem tzw. grupy zamkowej, mającym silne oparcie w kołach gospodarczych. Rosnące wpływy obu tych grup w elicie władzy poważnie utrudniały funkcjo- nowanie rządu Zyndrama-Kościałkowskiego. Przez rok rząd ten próbował tem- perować społeczne namiętności wywołane przeciągającym się kryzysem i gospo- darczą stagnacją oraz intrygami licznych jego wrogów, wśród których poczesną rolę odgrywali zdradzeni „pułkownicy". Istnienie rządu chętnie sięgającego do dekretów prezydenckich przedłużało się z powodu trudności w znalezieniu na- stępcy odpowiadającego liderom obu szachujących się obozów. Nie bez trudu gen. Rydz-Śmigły przeforsował na stanowisko premiera kandydaturę Felicjana Sławo-ja Składkowskiego, lekarza, od 1924 r. generała brygady, ministra spraw wewnętrznych większości pomajowych rządów, sprawnego administratora, ale też bezkrytycznego wykonawcy poleceń zwierzchników z Komendantem na czele. Jeśli Sławoj Składkowski był uważany za przedstawiciela sanacji i osobiście Rydza--Smigłego, to inż. Eugeniusz Kwiatkowski jako wicepremier i minister skarbu był traktowany jako reprezentant „grupy zamkowej". Podział ten odnosił się do całego gabinetu grupującego ministrów związanych bądź z jedną, bądź z drugą osobistością. Pomiędzy tymi obozami ostał się jedynie Józef Beck, minister spraw zagranicznych, namaszczony na to stanowisko w 1932 r. przez Marszałka. Gabinet Sławoja Składkowskiego zaprzysiężony 15 maja 1936 r. był powszech nie traktowany jako przejściowy. Tymczasem okazał się najdłuższym w dziejach II RP, co rzecz jasna podnosi walory premiera, kojarzonego przez nieżyczliwe mu osoby ze „sławojkami". Niewątpliwie był przejęty misją podniesienia higie ny życia codziennego oraz estetyki obejść gospodarskich, co dokumentował pod czas wyjątkowo licznych podróży inspekcyjnych, realizowanych na wzór woj skowy, wypraktykowany w przeszłości, gdy był szefem Departamentu Sanitar nego Ministerstwa Spraw Wojskowych. Jednak Składkowski jako premier okazał się przede wszystkim dobrym koordynatorem pracy gabinetu, uznającego auto rytet Rydza-Śmigłego, ale także respektującego konstytucyjną rolę prezydenta Mościckiego. ; Pozakonstytucyjny „duumwirat" stał się faktem społeczno-politycznym po tym jak premier Składkowski 15 lipca 1936 r. wydał okólnik zawierający takie stwier- dzenie: „Zgodnie z wolą Prezydenta RP generał Rydz-Śmigły — wyznaczony przez Marszałka Piłsudskiego jako pierwszy obrońca Ojczyzny i pierwszy współpra- cownik Pana Prezydenta w rządzeniu państwem, ma być uważany i szanowany jako pierwsza w Polsce osoba po Panu Prezydencie Rzeczypospolitej [...J. Wszyscy funkcjonariusze państwowi z prezesem Rady Ministrów na czele okazywać mu winni objawy honoru i posłuszeństwa". 283 Dokument ten znakomicie ilustruje nie tylko osobowość premiera, ale także generalną ewolucję sytuacji politycznej w Polsce. Jednak widoczne ambicje Rydza- Smigłego do zajęcia opuszczonego przez Marszałka miejsca duchowego i faktycznego przywódcy państwa wywoływały różnie manifestowane niezadowolenie, także jego zaplecza. Podniosłej uroczystości wręczenia Rydzowi-Smigłemu buławy marszałkowskiej w wigilię 18 rocznicy odzyskania niepodległości, tj. 10 listopada 1936 r., towarzyszyły wątpliwości części piłsudczyków traktujących ów ceremoniał jako uwłaczający pamięci tak niedawno opłakiwanego Komendanta. W ich mniemaniu określenie Marszałek zarezerwowane było dla jednej osoby — tylko jednej. Nie mniejsze wątpliwości budziły popierane przez Rydza prace nad stworzeniem ponadpartyjnej organizacji prorządowej, w miejsce rozwiązanego 30 października 1935 r. BBWR-u. Kilkakrotnie zapowiadane ogłoszenie deklaracji ideowej nowej organizacji stało się faktem dopiero 21 lutego 1937 r. Reklamowane w prasie prorządowej oraz radiu powstanie Obozu Zjednoczenia Narodowego jako ruchu wynoszącego na piedestał życia publicznego interes państwa pojmowanego w duchu nacjonalistycznym spotkało się z niechęcią sporej części piłsudczyków, którzy uznali deklarację za definitywne odejście Rydza-Smigłego i jego grupy (pułkownicy Adam Koc i Bogusław Miedziński oraz red. Wojciech Stpi-czyński) od programu utożsamianego z Komendantem. Nacjonalistyczny, klery-kalny, nawet totalistyczny podtekst deklaracji OZN został poddany ostrej krytyce całej opozycji łączącej powstanie wyśmiewanego „Ozonu" ze wzmagającymi się represjami politycznymi, których symbolem stało się „miejsce odosobnienia" utwo- rzone w 1934 r. w Berezie Kartuskiej. Maria Dąbrowska wysłuchawszy przez radio deklaracji płk. Adama Koca o powstaniu OZN zanotowała, że moc ludzi słuchając truizmów, ogólników, frazesów i bredni „[...] miało tęgą ucztę mimowolnego humoru. I takie to niepolskie, ślepe naśladownictwo hitleryzmu. Nie bez pikanterii jest fakt, że wygłoszone zostało akurat, kiedy Góring poluje w Białowieży". OZN, grupując przede wszystkim ludzi związanych z administracją państwową (w 1937 r. było 40 tyś. członków, w roku następnym około 100 tyś.), nie spełnił jednak roli zakładanej przez ludzi z otoczenia Rydza-Smigłego. Ruch upowszechniał wprawdzie jego kult oraz głosił ponadprzeciętne walory jako wojskowego, polityka i człowieka, ale wiele z manifestacji towarzyszących aktywności publicznej marszałka Rydza-Smigłego nie miało odpowiedniej „temperatury", mimo ogromnych starań osób mu bliskich. Na przełomie lat 1937-1938 doszło do zmiany na stanowisku szefa OZN: płk. Adama Koca zastąpił gen. Stanisław Skwarczyń-ski, który wzmógł tendencję sięgania do wzorców wojskowych. Mgliste i raczej fantastyczne plany przeniesienia do Polski japońskiej tradycji, że cesarz panuje, a szogun rządzi (czyli Mościcki panuje, a Rydz-Śmigły wykonuje realną władzę), okazały się jedną z wielu koncepcji odbiegających od polskiej rzeczywistości oraz społecznych potrzeb. Trudne do ukrycia tarcia w obozie sanacyjnym, coraz jawniej poszukującym dialogu z ugrupowaniami prawicowymi i nacjonalistycznymi, pogłębiały frustrację nie tylko lewicy piłsudczykowskiej, ale także całej opozycji. Całej, a więc także kokietowanego Stronnictwa Narodowego, w którym nadal centralną role grał Roman Dmowski. Zejście ze sceny polskiej Piłsudskiego — jego najważniejszego 284 konkurenta politycznego nie poprawiło sytuacji ani Stronnictwa, ani skupionej wokół Dmowskiego elity. Nie kończące się swary i rozłamy pogłębiały uczucie pewnej bezradności i osamotnienia, tym bardziej dotkliwego, że „poczucie odpo- wiedzialności — jak pisze życzliwa mu Maria Niklewiczowa — nie pozwoliło mu założyć rodziny [...]; mając rodzinę nie mógłby całkowicie oddać się swej działal- ności". Ruch narodowy, będąc przez cały czas wielonurtowy, stał się w latach 1936- -1937 terenem ostrej rywalizacji i walk wewnętrznych, które nie ominęły także kilkuosobowego tajnego kierownictwa. Godzenie ambitnych liderów Stronnictwa — Władysława Folkierskiego (prezesa Rady Naczelnej SN), Kazimierza Kowal- skiego (prezesa Zarządu Głównego), Tadeusza Bieleckiego, Zygmunta Berezow- skiego, Jędrzeja Giertycha, Władysława Jaworskiego, Jana Matłachowskiego, Stefana Sachy czy Mieczysława Trajdosa — coraz wyraźniej przekraczało możliwości Dmowskiego. W cieniu rywalizacji liderów oraz dysput zdominowanych skłon- nością do „dzielenia włosa na czworo" tworzyły się pomniejsze fronty walki osnu- wane wokół haseł klerykalno-nacjonalistycznych. Na ważne miejsce wysforowała się mobilizacja ogółu społeczeństwa polskiego w sprawie zakazu studiów dla młodzieży pochodzenia żydowskiego oraz bojkot handlu żydowskiego, łączący się nieraz z niszczeniem straganów i sklepów. Sygnałem do wybuchu antyżydowskiej awantury na wyższych uczelniach było „święto listopadowe" w 1935 r. łączące w sobie początek roku akademickiego oraz święto państwowe, upamiętniające koniec wojny światowej i odrodzenie państwa. Na uniwersytetach Warszawy, Lwowa i Krakowa doszło do antyżydowskich burd, podczas których skoncentrowano się na starym obyczaju żydowskim związanym z ubojem rytualnym. Sprawa ta, będąca od wieków pretekstem do wrogich Żydom wystąpień, aż do krwawych masakr włącznie, została reanimowana z inicjatywy Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Protest Towarzystwa z powodu niehumanitarnego charakteru rytuału poparło w specjalnym memoriale 19 stowarzyszeń społecznych. Do laski marszałkowskiej 7 lutego 1936 r. został wniesiony projekt ustawy dotyczący obo- wiązkowego ogłuszania zwierząt przed zabiciem oraz podłużnego dzielenia tusz zwierzęcych. Chodziło o to, że w rzeźniach, gdzie zabijano w sposób rytualny, tusze dzielone były poprzecznie, gdyż mięso wołowe przednie, jako lepiej wy- krwawione, było przeznaczone do sprzedaży starozakonnym, natomiast tyły dla chrześcijan. Zanim sprawą zajął się Sejm, rady miejskie 25 miast podjęły uchwałę o zakazie uboju rytualnego na ich terenie. Pośpiech ten wywołał dodatkowe emocje wśród Żydów, nie tylko w Polsce, ale i poza nią. Dzień 5 marca ogłoszony został dniem światowego protestu Żydów w intencji obrony uboju rytualnego. Żydzi wskazywali m. in., że zakaz ten pozbawi pracy wiele tysięcy osób, które związane były z pośrednictwem w sprzedaży mięsa. Projekt ustawy poparł episkopat. Wiceminister wyznań religijnych i oświecenia publicznego ks. Żongołłowicz, który bronił Żydów, pożegnał się za stanowiskiem. Trwające kilka miesięcy zmagania wywołały wśród Żydów nastrój przygnę- bienia i obaw, że Polska podąża drogą wytyczoną przez Rzeszę, gdzie ubój rytualny także został zakazany, a zalegalizowany przez państwo antysemityzm ulegał 285 wzmożeniu. Nastrój ten był o tyle uzasadniony, że prasa niemal codziennie infor- mowała o różnych przejawach walk narodowościowych — wybijaniu szyb, rzucaniu petard do domów modlitwy i sklepów żydowskich, polewaniu naftą towarów na straganach, podpaleniach i pobiciach. Sprawcy tych bandyckich akcji, jeśli w ogóle stawali przed sądami starościńskimi i otrzymywali wyrok skazujący, to byli później uniewinniani przez sądy powszechne. Poczucie bezkarności przyczyniało się do rozwoju antyżydowskiej psychozy. W maju 1936 r. w Przytyku — niewielkiej miejscowości w powiecie radomskim w 90% zamieszkanej przez ludność żydowską, zostały zdemolowane stragany i sklepy. Poseł Emil Sommerstein 17 czerwca 1936 r. tak opisywał w Sejmie sytuację w tej miejscowości: „Pikiety stają przed sklepami, straganami czy warsz- tatami żydowskimi i nie dopuszczają klienteli chłopskiej. Kto się mimo to odważy wejść, nie wróci cało do domu z zakupionym przedmiotem; biją go, niszczą ku- piony towar; jednemu, co się wyłamał, wycięto drzewa w ogrodzie i umieszczono tam napis »Swój do swego«. Na drogach prowadzących ze wsi do miasteczka stoją straże, płatne po 3 zł dziennie; one pełnią funkcje policji, asystują przejeżdżającym chłopom, by broń Boże chłop miarki zboża nie zawiózł do żydowskiego kupca czy żydowskiego młyna. Szerzy się plotkę, że władze zakazały sprzedawać Żydom." W maju 1936 r. w Mińsku Mazowieckim przestępstwo popełnione przez Żyda stało się iskrą zapalającą lont nienawiści tłumu wobec ludności żydowskiej. Bez określonej przyczyny doszło też w tym czasie do antyżydowskiej burdy na Uni- wersytecie Lwowskim. Akcje te, wspierane przez nacjonalistów z innych ośrodków akademickich, rozwijały się pod hasłem walki z Żydami jako grupą sposo-biącą się do rządzenia w Polsce. W tym kontekście pokazywana była szczególna atencja Żydów dla komunizmu, co wyrażało się w ich wyraźnej dominacji w kierownictwie Kominternu w Moskwie oraz KPP. Zważywszy, że większość członków partii komunistycznej w Polsce rekrutowała się z mniejszości żydowskiej, to hasło żydo- komuny znalazło się na pierwszym miejscu w arsenale swoistych inwektyw upowszechnianych przez narodowców, dla których antyżydowska mobilizacja społeczeństwa polskiego to niemal potwierdzenie sensu istnienia. Tak to widział senator Terlikowski mówiąc w marcu 1936 r., że gdyby w Polsce nie było nabrzmiałego zagadnienia żydowskiego „to obóz narodowy musiałby to zagad- nienie stworzyć dlatego, że to jest jedyną racją jego istnienia, jedynym sposobem penetracji w szeregi społeczeństwa polskiego [...] Żadnego pozytywnego programu rozwiązania tej kwestii obóz narodowy nie wysunął. [...] Postawił jedynie tylko pałkę i kastet, ale tą drogą żydowskich zagadnień nie rozwiąże się." Wzbierającą, z natury rzeczy szeroko komentowaną w prasie krajowej i obcej falę tumultów, nazywanych często pogromami, starał się powstrzymać premier Sławoj Składkowski, który w czerwcu 1936 r. zabrał głos potępiając narodowców jako winnych pogarszającej się atmosfery w kraju: „Mój rząd uważa, że w Polsce krzywdzić nikogo nie wolno — podobnie jak uczciwy gospodarz nie pozwala nikomu krzywdzić w swoim domu. Walka ekonomiczna — owszem, ale krzywdy ~>adnej". Wypowiedź ta zbulwersowała Żydów, którzy mieli za złe premierowi, że zachęcał Polaków do bojkotu gospodarczego. Tak też ten problem ujmuje Jerzy 286 Tomaszewski pisząc, że słowa premiera „zabrzmiały jednak dwuznacznie" i „za- wierały aprobatę innych przejawów akcji antysemickiej". Przestrzega jednak przed przecenianiem skutków gospodarczego bojkotu starozakonnych słusznie pisząc w Zarysie dziejów Żydów w Polsce, że „dotykały one wprawdzie poszcze- gólnych kupców i rzemieślników, lecz wezwania do bojkotu nie mogły być sku- teczne w skali masowej dopóty, dopóki żydowski hurtownik i detalista dostarczał towarów tańszych i na lepszych warunkach od swego »chrześcijańskiego« konkurenta". Podkreślenia wszakże wymaga to, że sytuacja pod tym względem nie była tak klarowna, jak tego chciałby autor. Tymczasem zwłaszcza wśród chłopów, pod wpływem różnych zresztą czynników, utrzymywało się zjawisko niechęci do Żydów handlarzy postrzeganych jako wyzyskiwacze i oszuści, dający za tak ciężko zarobiony grosz towar odbiegający od oczekiwań nabywcy. Handel, często loko- wany w wiejskich wyobrażeniach w pobliżu oszustwa, kradzieży nawet, stwarzał w warunkach handlu domokrążnego większe możliwości konfliktu niż handel w sklepie czy stałym straganie. Tymczasem, jak powiedziano wcześniej, aż 80% handlarzy-domokrążnych to właśnie Żydzi, z których wielu — i to kolejna strona medalu — pracowało, zarabiało na tym samym terenie. Zaufanie klienta do swego „dostawcy" to jego egzystencjalne „być albo nie być". „Owszem" Sławoja Składkowskiego zrobiło dużą karierę, nieproporcjonalną do określenia raczej neutralnie wpisującego się w tonację przemówienia premiera Rzeczypospolitej Polskiej, zapowiadającego surowe kary za ekscesy antyżydowskie, ale sugerującego współzawodnictwo między obywatelami Polski, chociaż bez różnicy „jak się kto nazywa i skąd pochodzi". Cały ten problem dodatkowo wyostrzyło stanowisko Kościoła katolickiego wyrażone wówczas przez prymasa Hlonda w liście pasterskim, gdzie powiedziano: „W stosunkach kupieckich dobrze jest swoich uwzględniać przed innymi, omijać sklepy żydowskie i żydowskie stragany na jarmarkach, ale nie wolno pustoszyć sklepów żydowskich, niszczyć Żydom towarów". Podobne opinie stwarzały duże możliwości interpretacyjne. Nie ulega kwestii, że ogół kleru polskiego myśli te rozwijał w duchu antyżydowskim, upowszechniając obraz Żyda „od zawsze" walczącego z Kościołem Chrystusowym, wolnomyśliciela, bezbożnika, bolszewika-rewolucjonisty, oszusta, lichwiarza, handlarza żywym towarem. Niebagatelną rolę w szerzeniu tego jednostronnego obrazu odgrywała prasa katolicka. W „Małym Dzienniku" ojców franciszkanów z Niepo-kalanowa wierni mogli przeczytać: „Wypadki polityczne i gwałtowne przewroty ustrojowe ostatnich czasów wykazały, że jedynym rozwiązaniem kwestii żydowskiej jest zupełne usunięcie Żydów z chrześcijańskich społeczeństw [...] emigrantom żydowskim powinno być wolno wywieźć jedynie bardzo niewielką sumę w gotówce, majątki zaś i przedsiębiorstwa byłyby przejmowane przez Państwo." „Mały Dziennik" oraz bliski mu programowo „Rycerz Niepokalanej" to w końcu okresu międzywojennego niemal milion egzemplarzy nakładu. Różne formy antyżydowskiego bojkotu stanowiły część nasilonej w latach 1936-- 1937 walki polskich nacjonalistów z sanacyjnym rządem. Walka o władzę z jed- norodnego pod względem politycznym parlamentu wylała się na ulicę. Docho- dziło do inicjatyw spektakularnych w rodzaju akcji inż. Adama Doboszyńskiego, 287 prezesa Stronnictwa Narodowego na powiaty krakowski i myślenicki, który na czele stuosobowej grupy dokonał w nocy 22 na 23 czerwca 1936 r. zbrojnego najazdu na Myślenice. Dwie osoby poniosły śmierć, a kilkunastu zadano rany. Przed sądem stanęło 49 osób. Elementem ogólnopolskiego fermentu były także ograniczone w ramach jed- nolitego frontu demonstracje z okazji 1 maja (w Łodzi maszerowało 80 tyś. osób, we Lwowie 50 tyś., nawet w endeckim Poznaniu 10 tyś.), strajki angażujące dwukrotnie większą liczbę osób niż w ciężkich latach kryzysu, antyrządowe wystąpienia chłopów (29 czerwca 1936 r. 150 tyś. chłopów skupionych w Nowosielcach w powiecie przeworskim czcząc pamięć wójta Michała Pyrza wznosiło okrzyki na cześć banity Witosa, a nie obecnego na uroczystości Rydza-Śmigłego) oraz trwająca przez cały czas antyżydowska ekscytacja części środowiska akademickiego. Skalę tego ostatniego problemu uzmysławia fakt, że w związku ze „świętem listopadowym" wszystkie uczelnie polskie zostały zamknięte w dniach 9-11 listopada 1936 r. Mimo zdecydowanej postawy rządu, w Wilnie doszło nawet do okupacji domu studenckiego, którą przerwano po interwencji arcybiskupa wileńskiego R. Jałbrzy- kowskiego. Blokady domów studenckich w Warszawie i Poznaniu musiała rozbić policja. Zajęcia na większości uczelni były do końca 1936 r. zawieszone, co jednak nie ostudziło nastrojów. Przez cały 1937 r. większość polskich uczelni funkcjonowała w ograniczonym zakresie. Próbą przezwyciężenia impasu, ale także przejawem ześlizgiwania się polskiego systemu politycznego w kierunku prawicowo-nacjonalistycznym było rozporzą- dzenie ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego Wojciecha Swięto- sławskiego z 6 października 1937 r., w którym zezwalał rektorom na wprowadzenie zarządzeń porządkowych likwidujących konflikty w uczelniach. Związane z endecją grupy studentów, a za nimi niektórzy rektorzy uznali to zarządzenie jako przyzwolenie na wprowadzenie „getta ławkowego". Także w tym wypadku — analogicznie jak przy podejściu do całego problemu mniejszościowego, w tym zwłaszcza żydowskiego — praktyka dnia codziennego była bardzo różna. Jan Karski w wywiadzie, który ukazał się po jego śmierci („Viva" 28 sierpnia 2000 r.), tak problem ten charakteryzował: „Niech mi nikt nie mówi, że nie było antysemi- tyzmu. Widziałem studentów żydowskich, którym nie wolno było usiąść w pierw- szych ławkach. Byli tacy, co siadali z tyłu, ale niektórzy nie dali się upokorzyć i demonstracyjnie robili notatki stojąc. Takie traktowanie Żydów zależało od uni- wersytetu i od profesora [...] jedni byli poprawni, drudzy się bali, inni byli antyse- mitami." Bardziej jednoznaczny jest Czesław Miłosz, kiedy w Wyprawie w dwu- dziestolecie pisze, że „polskie antysemickie obsesje sięgały psychozy, a w późnych latach trzydziestych wręcz obłędu, uniemożliwiającego jasne uświadomienie sobie niebezpieczeństwa wojny". Represjom wobec podobnych akcji towarzyszyło werbalne potępianie sanacyjnych władz, ale także nadzieje obu stron na zbliżenie, może nawet znalezienie modus vivendi. Jednak lider Stronnictwa nie był łatwym partnerem dla takiej perspektywy. Poza wszystkim coraz bardziej artykułował on awersję do liberalizmu, który łączył z wynaturzeniami demokracji podlegającej manipulacjom ze strony wszędobylskich Żydów i masonów oraz różnych tajnych organizacji i sprzysię-/eń. Spiskowa teoria dziejów, która znalazła w Dmowskim wybitnego, ale i wier- 288 nego ucznia, nakazywała mu wszędzie widzieć struktury mafijne. Z. Szpotański na lamach „Znaku" w 1972 r. zaznacza, że miał on obsesję mafii: „Tak jak za młodych lat rozumiał życie umysłowe Europy, tak teraz zrozumienia tego wykrzesać z siebie nie mógł. Przyszła starość w sensie nie tylko biologicznym, ale także i głębszym i bardziej tragicznym, polegająca na niezrozumieniu tego, co wchodzi w życie". Tworzone lub popierane przez Romana Dmowskiego struktury, z „Młodzieżą Wszechpolską" na czele, starały się zdominować nie tylko dość słaby ruch chrze- ścijańsko-społeczny, ale także ruch ludowy. Plany te nie zakończyły się powodze- niem, chociaż atrakcyjność haseł nacjonalistyczno-prometejskich była w tych śro- dowiskach widoczna i dobrze znana. Ugrupowania te były jednak zdecydowane prowadzić bardziej niezależną działalność, z mniej lub bardziej wyraźnym odwo- łaniem się do stanowiska liderów znajdujących się na emigracji. Zarazem jednak tzw. emigracja brzeska była rozbita, a jej prominentni liderzy z Liebermanem, Kor- fantym i Witosem na czele nie bardzo sobie ufali. Wymowne były zwłaszcza trud- ności w ustaleniu treści wspólnej odezwy w związku z wyborami w 1935 r. reali- zowanymi według ordynacji faworyzującej obóz rządzący. Wincenty Witos zanotował, że narady w tej sprawie toczyły się tak długo gładko, dopóki nie po- stawiono pytania o to, kto co zrobi i kiedy. „Wtenczas zaczęła się dyskusja zasad- nicza, dotycząca programów^poszczególnych stronnictw i podziału łupów po do- konanym zwycięstwie". Tymczasem mimo silnego wzburzenia społecznego wyrażającego się dużym wzrostem strajków (liczba strajków i strajkujących w latach 1934-1936 uległa po- dwojeniu) szansę odbudowy antysanacyjnej koalicji były niewielkie. Z inicjatywy gen. Władysława Sikorskiego, oczywistego wroga sanacji, która trzymała go w bezczynnej dyspozycji ministra spraw wojskowych, podjęto w 1935 r. próbę zmontowania frontu złożonego z ludzi przekonanych, że Polska pod rządami sanacji maszeruje w yłym kierunku. Dużym sukcesem Sikorskiego było pozyskanie do antysanacyjnej opozycji Ignacego Paderewskiego. Po rozmowach z Sikorskim, Witosem, gen. Hallerem oraz socjalistą Liebermanem prowadzonych w posiadłości Riond Bosson Morges w lutym 1936 r. Paderewski zgodził się firmować ruch będący próbą stworzenia alternatywy dla sanacji. W ogłoszonym 17 lutego komu- nikacie podkreślono potrzebę zjednoczenia narodu we wspólnym wysiłku „dla opanowania obecnego, a tak groźnego dla przyszłości Polski kryzysu". Zakaz pu- blikacji tego komunikatu w prasie krajowej wywołał powszechną konsternację. Wiadomości o jego treści docierały do kraju via dzienniki francuskie. Ustalony w Morges program był bardzo ogólny i sprowadzał się do próby sku- pienia społeczeństwa polskiego wokół trzeciej drogi między liberalizmem a różnie zresztą pojmowanym etatyzmem. Cel ten miał zrealizować rząd zaufania narodo- wego, wyłoniony przez parlament powołany w oparciu o demokratyczną ordynację wyborczą, różną od obowiązującej podczas wyłaniania Sejmu i Senatu V kadencji. Pokojowa droga budowy demokracji w Polsce, z udziałem wszystkich sił politycznych oraz osobistości z konieczności przebywających poza krajem, miała doprowadzić do likwidacji autorytarnego systemu sanacyjnego. Dla jego sukcesora nakreślono ramowy program reform gospodarczo-społecznych obejmujący m.in. „uwłaszczenie mas" oraz radykalne zmniejszenie wpływów zagranicznego kapitału. 289 Ustalenia z Morges dyskutowane 27 lutego 1936 r. podczas narady w Palkowi- cach (Czechosłowacja) zorganizowanej z inicjatywy Witosa i Józefa Hallera z udziałem takich polityków, jak: Korfanty, Władysław Tempka (chadecja), Karol Popiel (NPR), płk Izydor Modelski, gen. Marian Januszajtis i Władysław Marszewski (ze Związku Hallerczyków) — nie przybliżały konsensusu. Wymowna była nieobecność socjalistów, a zwłaszcza niechęć Romana Dmowskiego do całego pomysłu, zbyt silnie powiązanego z Paderewskim, Korfantym i Sikorskim. Dmowski instruował reprezentantów endecji w duchu spodziewanego bliskiego zwycięstwa „idei narodowej", uznając wszelkie kompromisy za niepotrzebne, a nawet szkodliwe. Dmowski zwłaszcza dystansował się od współpracy z socjalistami, których na naradę do Palkowic nie zaproszono. W sposób oczywisty wzmagało to niezadowolenie elity PPS, dla której stosunek do Frontu był syntezą taktyki wobec sanacji z jednej strony i ruchu narodowego z drugiej. Zwolennikami Frontu byli Lieberman, Barlicki i Dubois, a przeciwnikami bardziej radykalni — Kazimierz Pużak, Zygmunt Żuławski i Zygmunt Zaremba. Zdania były podzielone także wśród przywódców Stronnictwa Ludowego: za Witosem gotowym do szerokiej koalicji stali Stanisław Mikołajczyk i Stanisław Kot, przeciw temu był Maciej Rataj, aktyw „Wici" oraz rzecznicy „jednolitego frontu". Mnożące się kontrowersje, które obejmowały liczne, a bardzo skonfliktowane części powstającego Frontu, wręcz niwelowały nadzieje na stworzenie ruchu „kon- solidacji narodowej". Swoistą próbą „ucieczki do przodu" była inicjatywa Korfan- tego — stale przebywającego w Czechosłowacji — skupienia centrowej opozycji wokół nowego, legalnego ugrupowania o nazwie Stronnictwo Pracy. Konsolidacja objęła przede wszystkim toczone kryzysem Polskie Stronnictwo Chrześcijań-sko- Demokratyczne i NPR oraz Związek Hallerczyków. Także ten pomysł został poparty przez Ignacego Paderewskiego, który w liście do kongresu założycielskiego zwołanego 10 października 1937 r. do Warszawy pisał słowa stanowiące otoczkę całej, generalnie bardzo słusznej, ale też bardzo ogólnej filozofii Frontu Morges i rodzącego się Stronnictwa Pracy: „Naród polski ma zbyt dawną i zakorzenioną tradycję stanowienia o swoich losach, ażeby mógł z przysługujących mu praw politycznych cośkolwiek ustąpić. Mimo wszystkich wysiłków ani prośbą, ani groźbą nie uda się go sprowadzić do roli niewolnika. Za dużo się krwi polskiej wylało w walce o wolność, zbyt niedawno za cenę niezliczonych ofiar wywalczyliśmy ją sobie, abyśmy się kiedykolwiek tej wolności wyrzec mieli. Wolność obywatelska nie stoi w sprzeczności z karnością, która jest konieczna w każdym skupieniu, a więc i w państwie. Silna, sprężysta władza wykonawcza jest niezbędnym warunkiem istnienia naszego państwa. Rząd jednak musi mieć zawsze na uwadze, że naród mu sprawowanie władzy powierzył, że narodowi z jej używania w każdej chwili winien zdać rachunek i że tak, jak każdy obywatel, on podlega prawu i tylko w granicach prawa działać mu wolno". Prezesem Zarządu Głównego Stronnictwa Pracy wybrano Korfantego, którego zastępował Karol Popiel. Wbrew nadziejom nowe ugrupowanie nie znalazło licznych zwolenników, także na Śląsku, gdzie najsilniej wystąpili przeciwko niemu działacze organizacji chrześcijańskich, obawiających się nowej konkurencji. Chodziło o to, że SP silnie akcentowało swój chrześcijański charakter; wykluczało zarówno etatyzm jak i nieskrępowany liberalizm gospodarczy; zapowiadało obronę 290 kultury polskiej jako części cywilizacji zachodniej (chrześcijańskiej) przeciwstawnej komunizmowi. Stronnictwo dążąc do rozwoju demokracji politycznej domagało się też demokracji społeczno-gospodarczej poprzez rozwój samorządności, tak zawodowej jak i terytorialnej. W kręgach lewicującej inteligencji od 1937 r. zaczęły powstawać tzw. kluby demokratyczne, które występując w obronie parlamentaryzmu włączyły się w nurt antysanacyjnej opozycji. W wyborach samorządowych w 1938 r. kluby z powodzeniem występowały wspólnie z socjalistami, ludowcami i lewicowymi działaczami związkowymi. Powzięta w tym czasie decyzja o utworzeniu samo- dzielnej partii pod nazwą Stronnictwo Demokratyczne została usankcjonowana podczas kongresu założycielskiego, który odbył się w Warszawie 15-16 kwietnia 1939 r. Ugrupowanie to, liczące przede wszystkim na środowisko inteligenckie i rzemieślnicze, głosiło wolę współpracy ze wszystkimi, którzy bronią demokracji parlamentarnej, chcą przebudowy ustroju gospodarczego w kierunku wzmożenia planowania, upaństwowienia najważniejszych gałęzi gospodarki, opieki nad ro- dzimą wytwórczością (zwłaszcza drobną) oraz efektywnej reformy rolnej. Liderzy ruchu — m. in. Michał Michałowicz, Mikołaj Kwaśniewski, Wincenty Rzymowski — nie zdołali w warunkach wiosny i lata 1939 r. rozwinąć szerszej działalności. Anormalnośc sytuacji politycznej lat trzydziestych polegała na tym, że główne antysanacyjne siły polityczne nie były obecne w parlamencie. Dlatego zasadniczy front walki między władzą a opozycją istniał poza parlamentem, z wykorzystaniem więzień, cenzury, walki bezpośredniej, a nawet terroru. Sytuację tę ilustrował przedłużający się pobyt na emigracji liderów antysanacyjnej opozycji, których gremia krajowe wybierały na najważniejsze stanowiska, chociaż było wiadomo, że funkcji tych objąć nie będą mogli. Bezskuteczne były też interwencje u prezydenta Mościckiego w sprawie amnestii dla przebywających na emigracji polityków, o co najusilniej zabiegali socjaliści i ludowcy. Wzmagało to determinację opornych chłopów, czemu dali dobitny wyraz podczas masowych wystąpień latem 1936 r. oraz w kwietniu 1937 r., kiedy to aresztowano w sumie około 1300 osób. W toku tych walk SL przekształciło się w czołową partię opozycyjną broniącą demokracji parlamentarnej zapisanej w konstytucji marcowej. Stronnictwo okrzepło, rozbudowując sieć organizacyjną od szczebla najwyższego, poprzez ogniwa pośrednie (wojewódzkie i powiatowe) aż do szczebla najniższego (gminnego i wiejskiego). Rosnące wpływy wśród ludowców zdobywali wychowankowie Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici", którzy dystansowali się od koncepcji szero- kiego frontu antysanacyjnego z udziałem „endeckich faszystów", ale jednocześnie sprzeciwili się rozwijanemu „flirtowi" między rządem a prezesem NKW SL Maciejem Ratajem i sekretarzem generalnym Stronnictwa Józefem Grudzińskim. Wyrazem radykalizacji ruchu chłopskiego był postulat zgłoszony na Kongresie SL w styczniu 1937 r. w sprawie organizacji strajku chłopskiego, a nawet marszu na Warszawę. Niechętnego tej akcji prezesa Rataja w kwietniu tegoż roku urlopowano, powierzając pełnienie funkcji bardziej radykalnemu Stanisławowi Mikołaj-czykowi, który — w porozumieniu z Wincentym Witosem — przeprowadził akcję protestacyjną. Umocniło to pozycję Mikołajczyka jako jednego z najważniejszych działaczy chłopskich młodszego pokolenia (w 1937 r. miał 35 lat). 291 Poza parlamentem byli także socjaliści, wśród których jednak stale tliła się nadzieja na współpracę z lewicą sanacyjną. Ten nurt w PPS reprezentowali Mie- czysław Niedziałkowski, Kazimierz Pużak i Zygmunt Zaremba oraz przywódcy ruchu zawodowego z Janem Kwapińskim na czele. Na ołtarzu tych nadziei jak również dla zaakcentowania niechęci do haseł rewolucyjnych złożona została Or- ganizacja Młodzieży TUR, którą CKW PPS rozwiązał z dniem 15 marca 1936 r. W roku następnym na kongresie obradującym w Radomiu zwyciężył jednak program walki o socjalistyczną Polskę przeforsowany przez lewicę partyjną reprezentowaną wówczas przez Norberta Barlickiego, Bolesława Drobnera, Stanisława Dubois, Adama Próchnika, Oskara Langego, Wandę Wasilewską. Wizja ta upowszechniana w licznych broszurach oraz życzliwej tej orientacji prasie odegrała poważną rolę w upowszechnianiu pojęcia socjalizmu, utożsamianego z wolnością, równością, dobrobytem. Duży wpływ na rozwój świetlanych perspektyw związanych ze słowem „so- cjalizm" mieli polscy komuniści. Przez wiele lat uważali siebie za jedynych repre- zentantów aspiracji świata pracy oraz oczywistych kierowników walki z systemem kapitalistycznym, już wówczas i długo jeszcze uważanym za ostatnie stadium rozwoju społecznego przed nieuchronnie nadciągającą erą socjalizmu. To jeden z powodów, że komuniści polscy najostrzej zwalczali wszelkie partie i ruchy, które próbowały podważać i kwestionować ich prace nad budową socjalistycznej perspektywy. Głosząc hasła jednolitofrontowe baczyli zawsze — także po decyzji VII Kongresu Kominternu z sierpnia 1935 r. zalecającej tworzenie frontów ludowych z udziałem robotników, chłopów, a nawet sfer drobnomieszczańskich — aby ich sztandar był w tworzonych aliansach najważniejszy, dominujący. Pogląd taki reprezentowało całe kierownictwo KPP niezależnie od dzielących je różnic, występujących zwłaszcza w zakresie taktyki. Tzw. większość z Marią Kostrzewą-Koszutską i Adolfem Warskim na czele głosiła poglądy w założeniu uwzględniające polskie warunki oraz obiektywne, raczej skromne poparcie spo- łeczne (apogeum przypadło na wybory w 1928 r., kiedy na komunistów głosowało 278 tyś. osób, tj. 2,5% ogółu). Jednak decydujący głos w KPP aż do 1936 r. miała tzw. mniejszość z Julianem Leszczyńskim-Leńskim na czele, będąca zwierciadlanym odbiciem dogmatycznej i sekciarskiej filozofii obowiązującej w całym ruchu komunistycznym przytłoczonym osobą Stalina. Do niego to za pośrednictwem „Prawdy" — organu KC WKP(b) — zwracał się zauroczony autor słowami „O wielki Stalinie, Wodzu Ludów, ty, który powołałeś do życia nowego człowieka [...]". Rzeczywistość była zgoła odmienna. Z nazwiskiem Stalina złączyło się fizyczne i psychiczne tępienie milionów ludzi i ich rodzin uznanych za terrorystów, wrogów ludu, szpiegów, zdrajców... Straszliwym zrządzeniem losu było to, że w ramach „wielkiej czystki" ofiarą stalinowskiego terroru padali przede wszystkim komuniści — ludzie lewicy. Jakkolwiek ogrom zbrodni dotknął głównie obywateli ZSRR, to jednak ofiary stalinowskiego terroru rekrutowały się z całej Europy. Wśród nich dużą, zdaniem badaczy szczególnie dużą daninę krwi złożyli komuniści z Polski. Liczbę wymordowanych przez stalinowski aparat władzy ocenia się na ponad dwa tysiące. Wśród nich znalazło się całe kierownictwo partyjne. KPP była też jedyną działającą ówcześnie partią komunistyczną, która została for- 292 malnie rozwiązana. Komitet Wykonawczy Kominternu decyzję w tej sprawie podjął już na przełomie lat 1937-1938, chociaż formalne, zawsze konspiracyjne kroki dokonały się wiosną ; latem 1938 r. O stawianych zarzutach — przede wszystkim chodziło o współdziałanie z agenturą sanacyjną i trockistowską — wielu członków KPP dowiadywało się przypadkowo. Innych zastanawiały raptowne zniknięcia ludzi z kierownictwa partii, o których słuch — po wyjeździe do Kraju Rad — całkowicie ginął. Jakkolwiek w warunkach działania partii konspiracyjnej sytuacje takie były nagminne, to jednak masowość zjawiska stanowiła sygnał, który bywał z powodzeniem weryfikowany w centrach ruchu komunistycznego na Zachodzie — w Paryżu i Madrycie. Jednym z pierwszych aresztowanych komunistów polskich był Jerzy Czeszejko- Sochacki, człowiek pod każdym względem nietuzinkowy, poliglota, który oprócz pol- skiego i jidysz posługiwał się także francuskim, niemieckim, rosyjskim, ukraińskim i białoruskim. Jego pozycję w polskim i międzynarodowym ruchu komunistycznym wyznaczało to, że był on przedstawicielem KPP w Komitecie Wykonawczym Kominternu oraz redaktorem pisma „Z Pola Walki". Przez wiele lat obowiązywała wersja, że po aresztowaniu 15 sierpnia 1933 r. Czeszejko-Sochacki został rozstrzelany. Tymczasem śmierć dosięgła go 4 września na Łubiance, kiedy wypadł (lub wyskoczył) przez okno. Przed śmiercią napisał krwią na ścianie celi, że jest niewinny. Tragedia rodziny Sochackich była tym większa, że w roku następnym z rąk NKWD zginął w Moskwie jego starszy brat Stefan, a w ramach „operacji katyńskiej" śmierć poniósł kolejny brat, polski oficer, więzień Starobielska. Zgodnie z prawidłami stalinowskiego terroru rodzina Jerzego Czeszejko-Sochackiego — żona Józefina (zmarła w Polsce w 1969 r.) oraz córka Natalia i syn Jerzy (zmarł w 1999 r.) przeszli wszystkie katusze, które dotknęły ludzi niespiesznie rehabilitowanych. Natalia znana jako Astafiewa (nazwisko męża) /.dobyła duży rozgłos jako poetka. W 1979 r. otrzymała nagrodę ZAIKS-u, a w 1994 r. nagrodę Pen Clubu jako tłumacz i ofiarny propagator poezji polskiej. Historycy badający stosunki polsko-radzieckie w XX w. są zgodni, że szczególna wrogość Stalina i kształtowanego przez niego otoczenia do Polski miała źródło w wojnie lat 1919-192(3. Jakkolwiek trudno tę tezę definitywnie zweryfikować ze- stawiając ją z ogromem zbrodni popełnionych na współobywatelach, faktem po- zostaje stopniowo nasilająca się niechęć do Polaków jako do „nacjonalistów". Po- ważnym sygnałem alarmowym była likwidacja w 1935 r. polskiego rejonu narodowościowego na Ukrainie, istniejącego od 1925 r. i noszącego nazwę Mar- chlewszczyzna. Pogorszyła się znacznie sytuacja drugiego rejonu — Dzierżyńsz- czyzny na Białorusi, zlikwidowanego w 1937 r. w związku z realizowaną wówczas tzw. polską operacją. Była ona klasycznym przejawem ślepego terroru, którego ofiarą padli przedstawiciele różnych grup, warstw społecznych i orientacji politycznych. To właśnie w trakcie tej czystki śmierć poniosło także całe kierownictwo KPP. Z polskiej sceny formalnie znikła też masoneria. Uprzedzając dekret prezy- dencki z 22 listopada 1938 r. rozwiązujący wszelkie zrzeszenia wolnomularskie oraz zależne od wolnomularstwa, loże polskie „uśpiły się" same. Jakkolwiek nigdy nie był to związek masowy (Wielka Loża Narodowa Polski to 11 lóż z około 293 300 wolnomularzami, którzy najliczniej rekrutowali się spośród laickiej inteligencji oraz liberalnej burżuazji), to jednak na temat ich możliwości krążyły legendy. Zaprzestały działać także loże niemiecka, ukraińska oraz żydowska. Gospodarka - społeczeństwo - obronność Deklarowana przez polityków sanacyjnych niechęć do ingerowania w sprawy gospodarcze była traktowana przez opozycję jako przyczyna opóźniającego się przezwyciężenia kryzysu gospodarczego. Dotarł on do Polski z pewnym opóźnie- niem, w czym godny przypomnienia udział miała mobilizacja towarzysząca przy- gotowaniom do Powszechnej Wystawy Krajowej zorganizowanej w 1929 r. w Po- znaniu. Słaba w ogólności gospodarka polska, pozbawiona wyraźnego wsparcia władzy w nakręcaniu koniunktury (choćby poprzez wzmożone roboty publiczne czy też zamówienia obejmujące nowoczesne uzbrojenie i sprzęt dla armii), przez kilka lat nie mogła osiągnąć stanu sprzed kryzysu. Gospodarce polskiej przeszka- dzała też dominacja w polskim eksporcie surowców i artykułów wstępnie prze- tworzonych. Przeciągające się kłopoty ze sprzedażą płodów rolnych determinowały sytuację polskiej wsi będącej w stanie społecznego wrzenia. Kiepskiej kondycji wsi, gdzie mieszkała ponad połowa ludności kraju, nie mogły poprawić prowadzone zresztą od lat parcelacje, komasacje, oddłużanie czy prolongata spłaty zaległych świadczeń. Władze za swój sukces uważały to, że ceny podstawowych artykułów spożywczych, jak chleb, mięso i jego przetwory, ziemniaki były w drugiej połowie lat trzydziestych stabilne, a nawet wykazywały okresową tendencję spadkową. Jednak dla producentów tych dóbr, w kontekście rosnących cen na produkty prze- mysłowe oraz stale ogromnego „ukrytego bezrobocia", pozytywy te miały fatalne następstwa. O zmniejszających się dochodach wsi dobrze informuje cena 100 kg żyta, która w 1928 r. wynosiła 41,61 zł, w 1935 r. 12, 33 zł i 23,13 zł w 1937 r. Sytuacja stawała się dramatyczna, gdy zbiory zbóż czy ziemniaków zostały dotknięte chorobami, suszą, powodzią, przedwczesnym lub przedłużonym mrozem. Wtedy przednówek był trudniejszy niż zwykle, a determinacja niezadowolonych mieszkańców wsi większa. Tak było np. w maju—czerwcu 1937 r., kiedy dochodziło nawet do ataków na posterunki policji. Stronnictwo Ludowe zdołało wówczas zmobilizować do akcji na rzecz amnestii dla Witosa około miliona chłopów. Żądano rozwiązania „Sejmu mianowańców", przeprowadzenia nowych, demokratycznych wyborów oraz utworzenia rządu „zaufania mas ludowych". Dezyderaty te znalazły się w rezolucji wręczonej Rydzowi-Smigłemu we wsi Nowosielce (powiat prze-worski), gdzie 29 czerwca 1936 r. odbyły się wzmiankowane już uroczystości poświęcone pamięci wójta Michała Pyrza, który w 1624 r. organizował obronę polskiej ziemi przed Tatarami. Opanowana strukturalnym kryzysem wieś polska, bardzo osobiście traktująca represje wobec tak prominentnych swych przedstawicieli jak Wincenty Witos, nie należała do sympatyków sanacji. Wysiłki podejmowane w tym zakresie przez 294 WOBEC ROZPADU SYSTEMU WERSALSKIEGO administrację państwową bądź OZN, które lansowały zbawczą rolę Rydza-Śmi- głego, nie przynosiły zadowalających efektów. Dotyczyło to także wsi zamieszki- wanych w większości przez ludność niepolską, wobec której władze prowadziły zresztą niejednolitą politykę. Wobec mniejszości słowiańskich zwyciężyła koncepcja polonizacji. Żydów, których na wsiach było niewielu, zachęcano do wyjazdu, na- tomiast wobec mniejszości niemieckiej starano się prowadzić najbardziej przyjazną politykę. Wiązało się to przede wszystkim z realizowaną konsekwentnie przez władze polskie tzw. linią 26 stycznia, której dopełnieniem miała być generalna poprawa współpracy gospodarczej, ważnej dla obu partnerów, ale zwłaszcza pol- skich eksporterów. Jak bardzo stosunki w tej dziedzinie były pogmatwane świadczy fakt, że trwającą dziesięć lat polsko-niemiecką wojnę celną kończyła dopiero umowa podpisana 4 listopada 1935 r. Spierano się wprawdzie nadal o 100 min zł należne Polsce za tranzyt kolejowy przez Pomorze, ale poprawa wzajemnych stosunków była odtąd wyraźna. Ekspansja gospodarcza III Rzeszy była o tyle dla Polski ważna, że Niemcy pozostały jej największym partnerem gospodarczym, pokrywając w 1938 r. 23 % importu i 24 % eksportu. Na dalszych miejscach plasowały się Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Szwecja. Za śladową należy uznać wymianę gospodarczą z ZSRR. Konieczność włączenia się do ogólnoeuropejskiego wyścigu gospodarczego była dla „duumwiratu" oczywistością, podkreślaną szczególnie mocno przez inż. Eugeniusza Kwiatkowskiego — męża zaufania prezydenta Mościckiego. Jako wi- cepremier, któremu zostały powierzone sprawy gospodarcze, oraz jako minister skarbu odegrał on kluczową rolę w postpiłsudczykowskich rządach II Rzeczypo- spolitej. Jego program zaakceptowany przez gabinet Kościałkowskiego przewidywał zdecydowane działania w celu zrównoważenia budżetu, rozwoju inwestycji i zatrudnienia, przyśpieszenia przebudowy struktury własnościowej na wsi oraz zasadniczą reformę podatkową. Wszystkie wyżej wymienione problemy przewijały się od lat jako bolączki lub dezyderaty mające na widoku wyrwanie kraju ze szponów kryzysu. Dobry przykład daje poseł Emil Sommerstein, który z trybuny sejmowej (III kadencja, 41 posiedzenie) przypominał o nie zrealizowanych przez lata obietnicach poprawy systemu podatkowego: „Już dziesiątki lat czeka się na poprawę systemu podatkowego, na komasację dodatków, dodateczków i opłat w różnej formie, specjalnie zaś na uchylenie, względnie odpowiednie postawienie podatku przemysłowego, dalej na uchylenie mechanicznej formy wymiaru świa- dectw przemysłowych w stosunku do drobnych warsztatów pracy". Dyskusja o systemie podatkowym weszła w nową fazę właśnie za sprawą E. Kwiatkowskiego, który wszczął publiczną debatę o sposobach przezwyciężenia deficytu budżetowego (w niemal 10% obciążonego obsługą długu zagranicznego, a w 1/3 wydatkami wojskowymi). Jednak wprowadzenie nadzwyczajnego podatku od wynagrodzeń, nowelizacja przepisów o podatku dochodowym, reforma podatku przemysłowego czy też podatku od nieruchomości i gruntowego — wyzwalały spory i kłótnie podważające spójność gabinetu. Liczne naciski z różnych zresztą stron, zwłaszcza „Lewiatana", wojska, zrewoltowanej części miast, kilkakrotnie stawiały gabinet Kościałkowskiego na krawędzi upadku. Odpowiedzialny za gospodarkę Kwiatkowski raz po raz zapowiadał raczej rezygnację 295 GOSPODARKA - SPOŁECZEŃSTWO - OBRONNOŚĆ z urzędu niż odstąpienie od planów, które uważał za konieczne dla wyrwania kraju z zastoju. Szczególnie gwałtowne były protesty wywołane zarządzeniem wprowadzającym 27 kwietnia 1936 r. ograniczenia w obrocie dewizami, a następnie zawieszenie transferu pożyczek zagranicznych, co zresztą skutecznie powstrzymało ucieczkę kapitałów. Czynnikiem sprzyjającym reformatorskim planom lewicy sanacyjnej były wy- darzenia w Niemczech, które przechodziły burzliwy okres ekonomicznego rozwoju opartego na entuzjazmie społecznym, zatrudnieniu oraz skrajnej oszczędności dewiz wydawanych jedynie na strategiczne surowce. Rozmachowi gospodarczemu hitlerowskich Niemiec towarzyszyły spektakularne sukcesy polityczne: rozbicie Konferencji Rozbrojeniowej i porzucenie Ligi Narodów, odzyskanie Zagłębia Saary czy wprowadzenie — zakazanej przez traktat wersalski — obowiązkowej służby wojskowej. Ogromne wrażenie na politykach polskich zrobiło wkroczenie wojsk hitlerowskich 8 marca 1936 r. do zdemilitaryzowanej strefy nadreń-skiej. Problem zasadniczego zwiększenia zainteresowania sprawami obronności kraju stał się bardziej namacalny. Dotyczyło to zarówno elity władzy, jak i społeczeństwa. Poprawił się klimat dla funkcjonowania specjalnych komisji rozjemczych powoływanych dla rozstrzygania konfliktów w zakładach i branżach objętych straj- kami. Wykluwający się projekt ustawy o układach zbiorowych uwzględniał wyniki pracy powołanej w grudniu 1935 r. Komisji Antyetatystycznej, badającej efekty ekonomiczne przedsiębiorstw państwowych. Rozluźniony też został kontrower- syjny gorset polityki deflacyjnej, która — zdaniem jej wrogów — pozbawiła Polskę w ciągu trzech lat około 750 min zł. Kontrowersje w tej sprawie do końca IIRP nie zostały przezwyciężone. Większość ówczesnej elity polityczno-gospodarczej opowiadała się za kontynuowaniem polityki deflacyjnej, traktując utrzymanie stałości waluty jako dogmat. Jednak także w sferach rządowych nie brakowało zwolenników obniżenia standardu pokrycia złotówki. Trudności w zaspokojeniu potrzeb finansowych stale rozwijanego programu inwestycyjnego wymusiły w końcu inflacyjny dodruk pieniędzy. Obieg pieniędzy wzrósł — licząc od czerwca 1938 r. do czerwca 1939 r. — o ponad 70%. Analogicznie wzrosła wysokość kredytów Banku Polskiego. Ewolucja sytuacji politycznej spowodowała, że 24 marca 1939 r. został zmieniony statut Banku Polskiego umożliwiający inflacyjny dodruk pieniędzy oparty na zaufaniu (emisja fiduicjarna). Konsensus osiągnięty między „grupą zamkową" a otoczeniem Rydza-Śmigłe-go, wyrażony powołaniem 15 maja 1936 r. gabinetu Sławoja Składkowskiego, stworzył lepszy klimat dla reformy gospodarki, traktowanej jako konieczny element wzmocnienia obronności kraju. Eugeniusz Kwiatkowski jako wicepremier i minister skarbu, a jednocześnie autentyczny lider resortów gospodarczych uzyskał akceptację Sejmu dla realizacji czteroletniego planu inwestycyjnego. Na jego po- krycie wydzielono ogromną sumę 1,8 mld zł (podniesioną wkrótce do 2,4 mld). Rozwijana równolegle debata nad budową w miarę bezpiecznie położonego ośrodka produkującego uzbrojenie i sprzęt wojskowy doprowadziła do oficjalnego roz- poczęcia 5 lutego 1937 r. budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego, zlokalizo- wanego w widłach rzek Wisły i Sanu. W rejonie tym powstało ponad 100 tyś. nowych miejsc pracy. Symbolem COP-u była Stalowa Wola — miasto przemysło- 296 WOBEC ROZPADU SYSTEMU WERSALSKIEGO we założone 20 marca I937 r. na gruntach wsi Pławo od podstaw, o nazwie koja- rzonej jednoznacznie, nawet socrealistycznie. Nadzieje związane z tą inwestycją były ogromne, zwłaszcza że łączono ją z rozbudową Warszawskiego Okręgu Prze- mysłowego oraz Gdyni — polskiego „okna na świat", ostro konkurującego z dobrze zorganizowaną infrastrukturą gospodarczą Wolnego Miasta Gdańska. Społeczne zainteresowanie istotnie wielkimi planami budów podtrzymywało radio, a zwłaszcza prasa. Dużą poczytnością cieszyły się reporterskie zwiady na placu budowy COP-u Melchiora Wańkowicza zebrane w 1938 r. w tom pt. COP — ognisko siły. Proinwestycyjna polityka rządu, chętnie sięgającego do ukierunkowanych ulg podatkowych (bardzo skutecznych w budownictwie), zamówienia rządowe, jak również poprawa bilansu w handlu zagranicznym dały w efekcie wyraźny wzrost produkcji przemysłowej. Jej poziom w 1937 r. osiągnął stan przed kryzysowy. Był to więc sukces osiągnięty po kilku chudych latach, z punktu widzenia gospodarczego nawet straconych. Najszybciej od dna kryzysu odbijał się przemysł energetyczny, elektrotechniczny, chemiczny, skórzany, papierniczy i poligraficzny. Wyrazem generalnej poprawy sytuacji państwa i obywateli był rosnący obieg pieniądza, wzrost wkładów w instytucjach kredytowych i oszczędnościowych oraz wzrost liczby usług świadczonych przez te instytucje. Budżet państwa na rok 1937/38 został zamknięty nadwyżką 24 min zł. Świadomość generalnej poprawy sytuacji zachęciła do kreowania dalszych planów. W grudniu 1938 r. Kwiatkowski przedstawił założenia planu na 15 lat podzielonego na trzyletnie odcinki. Podjęte zostały też przygotowania do zorga nizowania w połowie roku następnego wielkiej narady gospodarczej poświęconej debacie nad zjawiskiem etatwmu i interwencjonizmu w polskie' »<^'->odarce, in westycjom oraz systemowi nu, likwidacji różnicy :. Polską A i Polską B, rozwojowi motoryzacji, dróg lądowych i wodnych, sprawom szkolnic twa i oświaty. Program inwestycyjny ostatniego rządu II RPbył imponujący. Ogółem pochłonął on ponad 7,5 mld zł. Ogólny wskaźnik inwestycji biorąc za 100 pierwsze półrocze 1936 r. wyniósł 213 w pierwszych sześciu miesiącach 1939 r. Dominacja aspektu wojskowego w całym przedsięwzięciu była bardzo wyraźna, gdyż inwestycje wojskowe osiągnęły poziom 301 punktów. COP to jedyny w ówczesnej Europie program gospodarczo-wojskowy zakła- dający budowę od podstaw ponad dwudziestu dużych zakładów zbrojeniowych mających — wespół z już istniejącą zbrojeniówką — zaspokoić potrzeby armii w razie konfliktu wojennego. W miarę pogarszania się sytuacji międzynarodowej środki na sfinansowanie rządowego planu inwestycyjnego w dziedzinie uzbrojenia pochodziły także od polskich sojuszników. Umowę w sprawie pożyczki do- zbrojeniowej w wysokości 2 młd franków podpisał w Paryżu E. Rydz-Śmigły 6 września 1936 r., z przeznaczeniem na realizację sześcioletniego planu rozbudowy polskich sił zbrojnych w latach 1937-1942. Z tego tytułu w 1937 r. wpłynęła do skarbu państwa pierwsza transza pożyczki w wysokości 400 min franków francuskich. W kwietniu 1939 r. została podpisana kolejna umowa z Francją w sprawie pożyczki w wysokości 430 min franków. Trwały też wyjątkowo zresztą mało efektywne rokowania w Londynie, które zakończyły się przyznaniem Polsce kredytu 297 GOSPODARKA - SPOŁECZEŃSTWO - OBRONNOŚĆ towarowego na sumę 8 min funtów. Efektywny wpływ tej ostatniej umowy na podniesienie stanu obronności Polski nie mógł być wielki. Trudno przecenie natomiast rosnące zaangażowanie ogółu społeczeństwa pol- skiego wyrażające się w rozwoju różnych organizacji i stowarzyszeń eksponujących potrzebę obrony państwa. W latach trzydziestych uaktywniła się zwłaszcza Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej (LOPP) organizująca tzw. tygodnie LOPP poświęcone różnym aspektom obrony przed atakami lotnictwa oraz broni chemicznej. Do masowego odbiorcy, zwłaszcza młodzieży szkół i uczelni, starano się dotrzeć poprzez filmy, odczyty, kursy i pokazy. Im bardziej była napięta atmosfera wokół Polski, tym większy nadawano rozgłos zbiórkom pieniędzy na dozbrojenie armii. Od początku 1939 r. zbiórki te zdominowały inne, takie jak np. na wdowy, powodzian, budowę szkół, Fundusz Zaolzia itd., dowodząc, że sprawy obronności kraju były społeczeństwu bardzo bliskie, a świadomość niedostatków — powszechna. Tym bardziej świadomość różnic dzielących polskie wojsko od potencjalnych wrogów miał GISZ oraz Sztab Główny z gen. Wacławem Stachiewiczem. Wojsko polskie nadal wyróżniało się wysokim stanem liczebnym piechoty i kawalerii oraz niskim stanem lotnictwa i łączności (razem 5,5%). Od wiosny 1936 r. Sztab Główny podjął prace nad sześcioletnim planem modernizacji wojska. Zamierzenia te raczej potwierdzały, że armia w dalszym ciągu koncentrowała swój rozwój na tradycyjnych rodzajach broni. Pozostaje wymowne, że ani jeden zakład w ramach COP-u nie planował budowy czołgów. Duży wpływ na stan wyposażenia armii miało to, że tylko kilka zakładów spośród zaplanowanych zdołało dać pierwszą produkcję do końca sierpnia 1939 r. Z tego punktu widzenia wpływ COP-u na wzrost obronności kraju był niewielki. Przygnębiające są wyliczenia, wedle których istniejące w połowie 1939 r. możli- wości produkcyjne fabryk przemysłu wojennego pokrywały przewidywane straty wojenne mniej więcej w połowie; w 40% karabinów maszynowych i amunicji artyleryjskiej, w 30% amunicji artylerii przeciwlotniczej. Mimo ogromnego wysiłku społeczeństwa, starającego się własnymi wyrzecze- niami wzmóc siłę wojska — obronność kraju w konfrontacji z potężnie się rozwi- jającymi sąsiadami przedstawiała się źle. Na przełomie lat 1938-1939 polskie siły zbrojne liczyły 260 tyś. żołnierzy, w tym 17 300 oficerów i 32 tyś. podoficerów. W olbrzymiej przewadze (96,5%) służyli oni w armii lądowej. W lotnictwie było 6300 oficerów i żołnierzy, w marynarce 3100. Dominująca piechota, nazywana „królową broni", przeżywała techniczną stagnację. W niewielkim stopniu została zwiększona jej siła ognia. Podobnie było z kawalerią. W 1937 r. zmotoryzowano jedną z brygad, a latem 1939 r. sformowano warszawską brygadę pancerno-motorową grupującą pułk zmotoryzowanej kawalerii i pułk zmotoryzowanej piechoty. Broń pancerna to maksimum tysiąc czołgów i samochodów pancernych, przy czym tylko czwarta część posiadała pełną wartość bojową. Było to czterokrotnie mniej niż mieli Niemcy i dziesięciokrotnie mniej niż Rosjanie. Park samochodowy wojska polskiego to zaledwie 25 tyś. aut. Lotnictwo posiadało 370 maszyn bojowych i kilkaset szkolnych. Wysokimi walorami charakteryzowały się bombowce „Łoś", których było 40. Artyleria przeciwlotnicza na zaplanowane 2 tyś. dział otrzymała tylko 500. 298 WOBEC ROZPADU SYSTEMU WERSALSKIEGO Siły zbrojne Polski w porównaniu z innymi państwami latem 1939 r. Wyszczególnienie Anglia Francja Niemcy Włochy Polska ZSRR Stan osobowy w tyś. 1 662 1 005 1343 1753 465 2485 Działa i wyrzutnie min 13 000 26 546 30679 20000 5000 55790 Czołgi 547 3286 3419 1 390 887 21100 Samoloty 5113 3959 4288 2938 824 11167 Wymowa tych liczb była i jest jednoznaczna. Dowództwo polskie było świa- dome dysproporcji, z rozmysłem skrywając stan faktyczny przed społeczeństwem optymistycznie brzmiącymi hasłami o mocarstwowym charakterze państwa przy- gotowanego na każdą ewentualność. Rzeczywistość odbiegała od miraży rozpo- ścieranych przez propagandę zdominowaną przez aktyw „Ozonu", kreujący Ry- dza-Śmigłego oraz w ogóle wojskowych na najważniejszą część narodu i państwa. Tę tendencję znakomicie uchwycił Julian Tuwim pisząc w 1937 r. wiersz Do generałów: Warczy, straszy, groźnie ściąga brwi Byle generalisko, obwieszone gwiazdami, - Panowie, przestańcie udawać lwy! Dowiedzcie się nareszcie, że tutaj - my -leni przechodnie, ,. teśmy tu generałami! Nonszalancja, pompa, szlify, szyk, Tajemnice sztabowe, adiutanci, bale, Słówko rzuci - i robi się krzyk: „Dzięku! jemy! panie! gene! rale! W 1939 r. było w Polsce ponad 4 min mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Jednak zdolności mobilizacyjne wojska były daleko mniejsze. Na dzień l maja 1939 r., po zwiększeniu stanów liczbowych w związku z rosnącym napięciem w stosunkach z Niemcami, liczba żołnierzy łącznie z Korpusem Ochrony Pogranicza została zwiększona do 354 tyś. Na wyposażenie dalszych kilkuset tysięcy re- zerwistów sprzętu brakowało, także w dniu ogłoszenia powszechnej mobilizacji. Ogromny wysiłek inwestycyjny i organizacyjny podjęty przez państwo i spo- łeczeństwo zwłaszcza w ostatnich latach istnienia II RP nie zmienia faktu, że więk- szość ludności Polski była w okresie międzywojennym związana z przedkapitali- stycznym układem stosunków spoieczno-gospodarczych. Dochód na jednego mieszkańca oraz ogólna struktura społeczno-zawodowa lokowały II RP bliżej Węgier, a nawet Rumunii niż Hiszpanii i Portugalii. Istotny dla całej ówczesnej gospodarki wskaźnik wielkości produkcji stali plasował Polskę na odległym miejscu. W 1936 r. w Polsce wytopiono 1,1 min ton stali, osiemnaście razy mniej niż w pobliskich Niemczech. Podobnie było z wydobyciem węgla uważanym za poi- 299 GOSPODARKA - SPOŁECZEŃSTWO - OBRONNOŚĆ ską specjalność. Polska w 1936 r. wydobywała 30 min ton, podczas gdy Wielka Brytania 232 min, Niemcy 158 min, a ZSRR — 124 min. Swoistą syntezą poziomu gospodarczego Polski w kontekście czołówki euro- pejskiej może być produkcja elektryczności. Polska produkowała jej 3,1 mld kWh w 1936 r., podczas gdy Niemcy 43 mld, Wielka Brytania 26 mld, Francja i Włochy po około 15 mld. Słabą pociechą może być to, że 20-milionowa Rumunia wytwarzała szóstą część energii elektrycznej produkowanej w Polsce. Motoryzacja rozwijała się bardzo wolno. W 1937 r. na 1000 mieszkańców było 0,8 samochodu (w sumie 29 tyś.), podczas gdy we Francji i Anglii było ich już 50, a w Niemczech 21. Podobne dysproporcje dotyczyły wielu dziedzin życia, np. telefonów, radioodbiorników. Niewątpliwy rozwój gospodarczy Polski w okresie międzywojennym, jakkolwiek przerywany okresowymi załamaniami, jawi się mniej okazale, jeśli za podstawę dla wyliczeń przyjmie się stan sprzed l wojny światowej. Odpowiedź na pytanie o to, czy okres międzywojenny to czas gospodarczej stagnacji czy postępu, wypada różnie, jeśli odpowiada na tak postawione pytanie Zbigniew Landau, przyjmujący za 100 stan z 1913 r., oraz Władysław Rusiński, który za podstawę wziął stan z roku 1922. Tabela pokazuje, jak dalece ten obraz różni się. Wskaźniki rozwoju produkcji przemysłowej w Polsce w latach 1922-1938 Rok Obliczenie (rok 191 \ Landaua 3 = 100) Obliczenia ; (rok 192 ^usińskiego 2 = 100) Globalnie Na 1 mieszkańca Globalnie Na 1 mieszkańca 1913 100,0 100,0 - 1922 61,9 68,3 100, J 100,0 1923 66,9 72, h 108,1 106,3 192d 5 (T. l 58,1 .'0,6 85,1 1928 80,1 80,5 130,4 117,9 1930 50,5 47,7 81,6 69,8 1934 67,3 61,3 108,7 89,5 1938 94,3 82,2 152,7 120,4 Zestawienie powyższe może wprawić w zakłopotanie, tym większe, jeśli wskazać, że w okresie życia pokolenia międzywojennego nie dokonała się zasadnicza zmiana w makrostrukturze zatrudnienia. Na wsi przybywało samodzielnych rolników, ale pracowali oni na rozdrabniających się gospodarstwach. Także liczba wiejskich zbędnych rąk do pracy nie uległa istotnej zmianie, podobnie jak nie ubyło drobnych kupców i chałupników. Długotrwała stagnacja inwestycyjna spowodowała niewielki przyrost przemysłowej klasy robotniczej. Ruch liczbowy obejmował przede wszystkim zakłady drobne i małe, placówki o tradycyjnie zorganizowanej produkcji, pozbawione środków na modernizację. 300 WOBEC ROZPADU SYSTEMU WERSALSKIEGO Procentowe zmiany w podziale zawodowym ludności czynnej zawodowo w latach 1921 i 1937 Lata Rolnictwo Górnictwo i przemysł Handel, ubezpie- czenia Komuni- kacja i transport Służba publiczna Służba domowa Inne Razem 1921 63,8 17,2 6,2 3,4 3,7 U 4,6 100 1937 59,1 23,2 6,1 3,5 4,2 1,4 2,5 100 Dane z tabeli pokazują, że największą dynamikę miało zatrudnienie w górnictwie i przemyśle oraz w służbie publicznej obejmującej administrację, sądy, samorządy, służbę zdrowia, szkolnictwo, oświatę i kulturę. Pamiętając o trwającej od XIX w. tendencji zwiększania się udziału pracowników umysłowych wśród zatrudnionych wskazać trzeba na to, że w IIRP przyrost odsetka pracowników umysłowych wyprzedzał wszystkie inne kategorie. Oznaczało to przyrost ludzi wykształconych — inteligencką elitę, ale także ludzi obsługujących urzędy, różne biura i instytucje usługowe, w końcu szeroko rozumianą kulturę. Ich rola była wieloraka: byli oni nośnikami nowych wzorców zachowań społecznych, rzecznikami nowoczesności w sensie technicznym i kulturowym. W grupie tej coraz wi-doczniejszą rolę odgrywały kobiety, co wiązało się z ich napływem do szkół średnich i wyższych. To oświata stała się główną dźwignią aspiracji jednostek, a przez to społeczeństwa polskiego jako całości. Ewolucja składu społecznego mieszkańców Polski w latach 1921-1938 (w %) Grupy społeczne Rok Wskaźnik 1938; (1921 r. = 100) 1921 1931 1938 Robotnicy '^T r; 29,3 30,2 109 Chłopi r">,2 52,0 50,0 94 Inteligencja i pracownicy umysłowi 5,1 5,6 5,7 112 Burżuazja l, l 0,9 i 0,9 82 Drobnomieszc/.aństwo 11,0 10,6 ! 11,8 107 Obszarnicv (U 0,3 ; 0,3 100 Inne 1,6 1,3 1,1 61 Razem 100,0 100,0 100,0 - Biorąc za 100 stan w 1921 r., najbardziej w okresie międzywojennym powięk- szyła się liczba inteligencji, klasy robotniczej i drobnomieszczaństwa. Na niezmiennym poziomie pozostała liczba ziemian, co znaczyło, że ich liczba bezwzględna 301 KRES MARZEŃ O „RÓWNEJ ODLEGŁOŚCI" ulegała powolnemu zmniejszaniu. Zmalała natomiast kategoria „burżuazja" oraz (choć nieznacznie) procentowy udział chłopów. Generalnie rzecz biorąc społeczeństwo polskie okresu międzywojennego ce- chowała umiarkowana aktywność polityczna. Była ona wysoka na tle państw są- siednich z Europy Południowej i Wschodniej (poza Czechosłowacją), ale niska w porównaniu do Europy Zachodniej, zwłaszcza Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec, gdzie oprócz partii politycznych dużą rolę odgrywały związki zawodowe oraz różne organizacje, stowarzyszenia, spółdzielnie. Kres marzeń o „równej odległości" Warszawy od Berlina i Moskwy Głównym, jeśli nie pierwszym celem polskiej polityki zagranicznej II RP było zabezpieczenie granic państwa przed możliwymi, a nawet spodziewanymi próbami sąsiedzkiej rewindykacji. Napięcie wokół tych spraw było duże, gdyż przez cały międzywojenny czas krążyły po Europie różne plany dotyczące korekt i przesunięć terytorialnych. Szczególnie chętnie rozprawiano o wchłonięciu Austrii przez Niemcy, o rozpadzie Czechosłowacji, nad czym pracowali różni emisariusze z Węgier, Niemiec czy Polski, o roszadach wśród państw bałkańskich, planach Włoch w stosunku do ziem Jugosławii, o Wilnie, Kłajpedzie, Wolnym Mieście Gdańsku... Dywagacje wokół spraw terytorialnych stawały się w latach trzydziestych tematem coraz częściej podejmowanym przez polityków i dziennikarzy, ale także szerszą publiczność. Osiągnięty przez Polskę status państwa bezpiecznego, posiadającego pakty o nieagresji z obu najpoważniejszymi sąsiadami, a jednocześnie dwoma najbardziej wywrotowymi na kontynencie mocarstwami, stabilizował jej prestiż międzynaro- dowy. Wiara w układy dwustronne była tym większa, że drugie dziesięciolecie okresu międzywojennego to widoczny kryzys takich instytucji międzynarodowych, jak Liga Narodów czy Konferencja Rozbrojeniowa, których niepowodzenie w zakresie za- bezpieczenia świata przed przemocą i wojną było oczywiste. Można powiedzieć, że idea bezpieczeństwa zbiorowego leżąca u ich podstaw upadła, zanim zdążyła zagościć w powszechnej świadomości. Traciły też na znaczeniu układy wielostronne o charakterze regionalnym z gło- śnym, ale nierealnym od początku „Lokarno wschodnim" montowanym w 1934 r. przez francuskiego ministra spraw zagranicznych Louisa Barthou. Chodziło w nim o wzajemne gwarancje granic Czechosłowacji, Niemiec, Polski, ZSRR i państw bałtyckich. Reklama nadawana temu projektowi kontrastowała z możliwościami osiągnięcia porozumienia. Niektórzy uczestnicy tej kombinacji, np. Polska, występowali w podwójnej roli: „owcy" (zagrożenie ze strony Niemiec i ZSRR) oraz „wilka" (apetyt na Zaolzie, popieranie separatyzmu Słowaków). Minister Beck tłumaczył więc inicjatorowi „wschodniego Locarno" ułomności jego pomysłu z powodu nazwy bardzo źle się kojarzącej Polakom, którzy układem podpisanym właśnie w Locarno w 1925 r. gardzili, widząc w nim zachętę do ekspansji Niemiec na Wschód. Polska pracowała osiem lat, aby zachwianą równowagę przywrócić 302 — mówił Beck w czerwcu 1934 r. w Genewie francuskiemu ministrowi — i musi dbać o utrzymanie osiągniętego stanu. Idea „wschodniego Locarno" zeszła z firmamentu europejskiego wraz ze śmiercią Barthou po październikowym zamachu w Marsylii, gdzie pomysłodawca zginął wraz z królem Jugosławii. Jednak nierealność całej konstrukcji uwypuklały takie fakty z tego czasu, jak np. remilitaryzacja Nadrenii dokonana przez III Rzeszę w odpowiedzi na traktat francusko-radziecki podpisany w maju 1935 r., a ratyfikowany w lutym roku następnego. Towarzyszące temu wypowiedzenie przez Hitlera układów lokarneńskich dokonało się więc w sposób nie pozostawiający złudzeń co do niemieckich planów. Pognębione przed laty państwa — zwłaszcza Czechosłowacja i Polska, chociaż także wszystkie inne, którym odmówiono ekstra gwarancji dla swych granic wedle formuły reńskiej — mogły uznać decyzje Rzeszy za słuszne, może nawef korzystne. Między innymi dlatego minister Beck bawiąc w dniach 8-12 listopada 1936 r. w Londynie z oficjalną wizytą uzyskał bardzo go radujące zapewnienie, że powtórzenie sytuacji z 1925 r. nie wchodzi w grę. Podobne przyrzeczenie uzyskało polskie MSZ od Francji, której polityka od śmierci Barthou w coraz większym stopniu uzależniała się od kroków Londynu. Dryfującą rolę Quai d'Orsay ujął znakomicie minister Beck w Ostatnim raporcie pisząc: „Francja nie robiła wszystkiego tego, czego by Londyn pragnął, ale na pewno nie zrobiłaby niczego, czemu Londyn kategorycznie by się sprzeciwił. Trudno też było myśleć w tych warunkach o jakimkolwiek czynnym zaangażowaniu Francji, o ile nie byłaby ona z góry zapewniona o natychmiastowej czynnej angielskiej pomocy". Z drugiej strony Beck wskazał na zasadniczą kontrowersję w stosunkach z Francją: nie były nią „nigdy sprawy niemieckie, a zawsze zagadnienia rosyjskie". Chodziło o to, że Francja nigdy nie zaakceptowała polskiego dążenia do odgrodzenia Rosji od reszty kontynentu, ani też uzurpowania sobie przez Warszawę roli reprezentanta Europy Wschodniej, czy też pomostu między Europą i Rosją. Politycy francuscy, różnej zresztą orientacji, zachęcali do znalezienia przez Polskę ram współżycia z Rosją, traktowaną na serio, jako ważny element równowagi europejskiej, tak ewidentnie zachwianej przez remilitaryzację Nadrenii i całych Niemiec. W tym odmiennym podejściu do roli ZSRR w Europie uwidoczniła się różnica w podejściu Polski do obu wielkich sąsiadów, wobec których chciano realizować politykę równej odległości. Iluzoryczność tej sytuacji polegała na tym, że pakt o nieagresji z ZSRR był dla strony polskiej krokiem najdalej idącym, maksimum tego, co chciano osiągnąć we wzajemnych stosunkach. Po aktywnym dwuleciu 1932-1934 stosunki polsko-radzieckie uległy zamrożeniu, podczas gdy oparte na analogicznej podstawie relacje z Rzeszą nabierały cech zażyłości, nawet serdecz- ności. Wpływ na ten stan rzeczy miało wiele czynników. Przede wszystkim Rzesza była wówczas krajem modnym, nawet fascynującym, co zwiększało atrakcyjność wzajemnych stosunków. Faktem wszakże pozostaje, że reklamowana przez rząd polski polityka „równej odległości" stawała się coraz bardziej fikcją, frazesem nie mającym pokrycia w rzeczywistości. Poza wszystkim Związek Radziecki wstrząsany falą procesów politycznych i masowych czystek, które dosięgały także najwyższej kadry dowódcze Armii Czerwonej, nie zachęcał do przyjacielskich ge- 303 stów, ani też nie oferował ich, wspierając wszystkich głoszących potrzebę walki z rządami i ustrojem burżuazyjnym. Poza tym w świadomości piłsudczyków stale żywa była pamięć o szczególnym uczuleniu Komendanta na problem zagrożenia rosyjskiego, jak również nieraz z przesadą podkreślana wyrozumiałość wobec nowej ekipy w Niemczech, która przytłumiła silny wcześniej nacisk na Polskę jako obiekt spodziewanej uległości. Inicjatywa Hitlera w sprawie porozumienia z Polską na równościowej podstawie podnosiła znaczenie państwa uważanego wcześniej za sezonowe, nadające się cio terytorialnej „obróbki". Sukces osiągnięty przez umowę polsko-niemiecką z 1934 roku polegał także na tym, że został on osiągnięty dzięki osobistemu zaangażowaniu się dwóch indywidualności, wysoko wynoszonych przez własne narody. Hitler mówił do ministra Becka podczas jego wizyty w Niemczech w lipcu 1935 r., że „linia 26 stycznia" była możliwa do zainaugurowania dlatego, że „z polskiej strony spotkałem partnera tak genialnej miary, jak Marszałek Piłsudski". Można domniemywać, że tę samą miarę przykładał Hitler do siebie. Miłe dla Becka i wszystkich piłsudczyków słowa pokrywały się z wysokim, wyróżniającym ceremoniałem towarzyszącym honorowaniu pamięci Marszałka. Oprócz zwykłych w takich sytuacjach depesz kondolencyjnych, w całych Niem- czech zarządzono opuszczenie flag do pół masztu 13 maja oraz w dniu pogrzebu; Adolf Hitler, Konstantin von Neurath, joseph Goebbels i Werner von Blomberg uczestniczyli w nabożeństwie żałobnym urządzonym przez Ambasadę Polską w Berlinie; po mszy Fiihrer raz jeszcze złożył kondolencje ambasadorowi Józefowi Lipskiemu. Przed kościołem dwie kompanie oddały honory wojskowe. Posiedzenie Reichstagu zostało z powodu pogrzebu przełożone z 17 na 21 maja. Hermann Góring, który uczestniczył w uroczystościach pogrzebowych, po powrocie wygłosił w Reichstagu przemówienie poświęcone pamięci zmarłego. Wkrótce w Niemczech opublikowano czterotomowe dzieło zawierające wybrane pisma Józefa Pił- sudskiego; wyświetlono film obrazujący dorobek Marszałka... Żaden rząd nie złożył tak daleko idących dowodów szacunku dla dzieła Piłsudskiego. W stale zapalnych sprawach z Senatem Wolnego Miasta Gdańska rząd Rzeszy starał się prezentować umiarkowane i pojednawcze stanowisko. W deklaracjach eksponowanych w Rzeszy zapewniano, że stosunki polsko-niemieckie nie ulegną zmianie z powodu kłopotów z Gdańskiem. Podobne akcenty dominowały w spra- wach mniejszości narodowych w mniej więcej równej liczbie zamieszkujących oba państwa. Po wygaśnięciu konwencji genewskiej regulującej sprawy mniejszościowe na Górnym Śląsku, 5 listopada 1937 r. podpisano umowę opierającą się na zasadzie wzajemności. Sukces strony polskiej polegał na tym, że dotąd fakt istnienia mniejszości polskiej w Niemczech nie był przez władze niemieckie dostrzegany. Podpisywaniu deklaracji nadano uroczysty charakter: Hitler wystąpił w towarzystwie delegatów Związku Polaków w Niemczech, natomiast Mościcki w asyście senatorów narodowości niemieckiej. W deklaracji ujęto następujące elementy: zakaz działań asymilacyjnych i dyskryminacyjnych; swobodę pielęgnowania obyczajów narodowych, stosowania własnego języka w stosunkach osobistych i na zebraniach publicznych, w duszpasterstwie i własnych szkołach; swobodę zrzeszania się w stowarzyszeniach mniejszościowych. Za nadrzędny obowiązek uznano lojalność mniejszości wobec państwa osiedlenia, a więc nieczynienia niczego, co godziłoby w jego interesy. 304 Dostrzegana w Europie zażyłość polsko-niemiecka, wywołująca zresztą ogromne zainteresowanie i namiętne spory także w podzielonym społeczeństwie polskim, miała jednak nieprzekraczalną granicę. Niepowodzeniem bowiem zakończyły się niemieckie próby wciągnięcia Polski do antyradzieckiego aliansu. Problem ten, interesujący zresztą różne ośrodki europejskiej myśli politycznej, najczęściej podejmował Hermann Góring. Przekonywał on polskich rozmówców, że Polska i III Rzesza stanowią wielki kompleks gospodarczy, który przeciwstawiał kom- pleksowi rosyjskiemu. W Europie podzielonej na bloki ideologiczne widziano Polskę to po jednej, to po drugiej stronie. Więcej mówiono i pisano o zbliżeniu się Polski do bloku faszy- stowskiego. Rosły więc obawy bądź nadzieje, że ulegnie namowom i da się wprzęgnąć do antykomunistycznej krucjaty. W związku z podpisaniem w Rzymie 6 listopada 1937 r. protokołu o przystą- pieniu Włoch do niemiecko-japońskiego paktu antykominternowskiego, w komu- nikacie Polskiej Informacji Politycznej z 12 listopada tegoż roku, powołując się na Ministerstwo Spraw Zagranicznych, dementowano pogłoski, jakoby przed Polską stanął problem przystąpienia do tego porozumienia. „Należy przy tym zaznaczyć, że specyficzne położenie Polski, jako sąsiada Związku Sowieckiego, zasadnicze stanowisko polityki polskiej przeciwne blokom oraz wreszcie potrzeba utrzymania polityki równowagi między dwoma sąsiadami sprzeciwiałyby się przystąpieniu Polski do omawianego porozumienia. Negatywne stanowisko do przystąpienia do paktu nie oznacza bynajmniej rezygnacji z walki z wpływami Kominternu wewnątrz Polski, która jak była, tak i będzie nadal prowadzona we własnym zakresie z całą stanowczością". W dokonujących się ",- i\/rh latach przetasowaniach rola państw średnich i mniejszych ulegała córć.. niejszym ograniczeniom wskutek mnożących się prób podporządkowania liderom. Im bardziej polityka Rzeszy wiodła do destruk cji porządku stworzonego po I wojnie światowej, tym szybciej rosła na kontynen cię rola Wielkiej Brytanii. Od maja 1937 r., gdy na czele gabinetu brytyjskiego sta nął konserwatysta Neville Chamberlain, polityka ustępstw, owego słynnego ap peasementu, nabrała rozmachu, stała się ewidentna, powszechnie dostrzegalna Jej zasadniczym celem było odsunięcie w czasie wybuchu niemieckiego niezado wolenia poprzez stopniowe zaspokojenie w drodze kontrolowanego procesu nie których żądań Niemiec oraz lokalizowanie ich aspiracji w rejonach nie należących do brytyjskiej strefy wpływów. Można to nazwać kupowaniem pokoju oraz płace niem za niego cudzą kartą kredytową... Zwolennicy tej polityki, w Europie bardzo zresztą liczni, najwcześniej i w za sadzie bezboleśnie rozstali się z niepodległością Austrii. Wkraczającym 12 marca 1938 r. do Wiednia wojskom Rzeszy towarzyszyły wyjaśnienia, że oto załatwiona została sprawa wewnątrzniemiecka, od dawna przez wszystkich brana pod uwagę. Dla Polski południowy kierunek ekspansji niemieckiej wydawał się na wet korzystny. Liczono na to, że nacjonalizm niemiecki ugrzęźnie w „bałkańskim kotle", a nawet, być może — zetrze się z ekspansjonizmem włoskim, manifestującym przywiązanie do samodzielności Austrii. Dlatego minister Beck „spisał na straty" Austrię już podczas rozmowy z Hitlerem w połowie stycznia 1938 r będąc przejazdem w Berlinie. Prawo Niemców do zrobienia „porządku we wła 305 snej rodzinie" potwierdził w końcu lutego podczas pobytu Góringa w Warsza- wie. Anschluss odegrał ogromną rolę w rozwoju przekonania, że polityka rządu polskiego maszeruje pod rękę z rządem Rzeszy. Kiedy bowiem Europa bądź co bądź emocjonowała się likwidacją niepodległej Austrii, polski minister spraw za- granicznych przerwał wypoczynek we Włoszech (po zakończeniu wizyty oficjalnej) i powróciwszy do Warszawy przekonał prezydenta, premiera i szefa GISZ-u do wykorzystania sytuacji i wymuszenia na Litwie porzucenia stanu „ni wojny, ni pokoju". Przypomnieć trzeba, że wszystkie wcześniejsze próby rozbijały się na „wileńskiej rafie", która dla obu narodów okazała się niemożliwą do ominięcia. Opór Litwinów był stanowczy. Także więc i oni mieli swoją „płonącą granicę", na której wielokroć dochodziło do krwawych incydentów. Winą za ten stan rzeczy Litwini obarczali wyłącznie Polskę i vice versa. Dla przerwania ciągnącej się przez lata wrogości rząd polski zdecydował się na ultimatum wystosowane 17 marca 1938 r. z jednym tylko żądaniem — nawiązania stosunków dyplomatycznych. Inicjatywa ta, mająca znamiona zharmonizowanej z Anschlussem, stawiała Litwę w fatalnym położeniu. Rachuby na pozytywną dla niej interwencję międzynarodową były znikome. Osamotniona w swej słabości, przynaglana ruchami polskich wojsk nad granicą — ugięła się pod presją. „Na Litwie zapanowały nastroje tajonego gniewu i urażonej dumy narodowej" — napisał Piotr Łossowski. To dość łagodne oddanie bólu i złości Litwinów, którzy utracili główny punkt programu w ich walce o odzyskanie Wilna — świętości, która od czasu zajęcia przez wojska generała Żeligowskiego w 1920 r. stała się jeszcze bardziej święta. Nawiązanie stosunków dwustronnych, którym towarzyszyły gesty mające umniejszyć antypolski uraz Litwinów, stanowiło ważny punkt wymuszonej aktyw- ności polskiej dyplomacji, starającej się dotrzymać kroku szybko zmieniającej się sytuacji ogólnej. Uginała się ona pod brzemieniem kolejnych, jak zawsze „ostatnich" żądań rządu Rzeszy, koncentrujących się od lata 1938 r. na tzw. problemie sudeckim. Stale poszerzane aspiracje mniejszości niemieckiej zamieszkującej pogra- nicze czechosłowacko-niemieckie były postrzegane w Polsce w duchu złośliwej sa- tysfakcji. W czasie tzw. pierwszego kryzysu czeskiego konserwatywny, na ogół sta- teczny i rozważny „Czas" napisał 5 czerwca 1938 r.: „Wiązać obronę takiego państwa z racją stanu Polski, angażować się w awanturę wojenną w obronie Republiki, która nam dotychczas tylko szkodziła [...] to byłby ciężki, bardzo ciężki błąd". Ówczesną taktykę, na tle generalnej antyczechosłowackiej strategii wytyczonej przed laty przez Pilsudskiego, dobrze oddaje opinia ministra Becka zanotowana przez jego skrupulatnego zastępcę — hrabiego Jana Szembeka: „Narzędziami naszej akcji w sprawie czeskiej powinna być sprawa mniejszości i sprawa sudecka: musimy nimi ciągle operować, a ponadto ciągle tłumaczyć wszystkim, że Cze- chosłowacja to fikcja". W toku następujących po sobie akcji niemieckich o wyraźnie antyczechosło- wackim ostrzu rząd polski dostrzegł tendencję do załatwienia pretensji Rzeszy w toku bezpośrednich rokowań obejmujących Anglię, Francję, Niemcy i Włochy. Szczególnie aktywnym wówczas obrońcą pokoju europejskiego stał się Neville Chamberlain, który dla znalezienia rozwiązania satysfakcjonującego Hitlera prze- 306 łamał strach i wsiadł pierwszy raz w życiu do samolotu, by 15 września wylądować w jego kwaterze w Berchtesgaden. W tym samym czasie rząd polski upomniał się o prawo do udziału w rozmowach dotyczących losu jego sąsiada. W dniach 15-17 września rządy nieformalnego „paktu czterech" zostały powiadomione, że Polska będzie domagała się takich samych praw dla mniejszości polskiej, jakie rząd Czechosłowacji przyzna mniejszości niemieckiej. Manifestowana jednocześnie przyjaźń z Węgrami, mającymi zadawnione pretensje terytorialne do Czechosłowacji, czyniła z Polski państwo agresywne, gotowe do udziału w rozbiorze swego południowego sąsiada. Tak ukierunkowana aktywność rządu polskiego nie znajdowała zrozumienia w stolicach innych państw. Najwcześniej i najostrzej zareagowała Moskwa, także zresztą pomijana w trwających wówczas przetargach. W demarche przekazanym do Warszawy 23 września 1938 r. grożono konsekwencjami, jeśliby wojska polskie naruszyły granicę Czechosłowacji. Przypominano nawet, że zgodnie z brzmie- niem polsko-radzieckiego paktu o nieagresji z 1932 r. w razie zaistnienia takich okoliczności umowa traci ważność. Riposta przekazana z Warszawy była ostra i natychmiastowa: rząd polski dobrze wie, jakie traktaty podpisał i co z nich wynika. Wyrażono zdziwienie, że rząd radziecki interesuje się polskimi zarządzeniami wojskowymi, które w żaden sposób nie dotyczą ZSRR. Także ta wymiana „myśli" może służyć poznaniu atmosfery towarzyszącej spiesznie zwołanej do Monachium konferencji z udziałem liderów czterech mo- carstw. Pierwsze skrzypce w naradach trwających długo w noc z 29 na 30 września grali Hitler i Chamberlain; Mussolini i Daladier spełniali funkcje pomocnicze. Wynegocjowana wówczas sugestia oddająca Niemcom obszar Sudetów — 41 tyś. km2 — została zaakceptowana przez władze Czechosłowacji. Rozwiązanie to, będące klasycznym przykładem kupczenia możnych tej świata interesami państw mniejszych i słabszych, ani wówczas, ani później, ani współcześnie nie miało samych tylko krytyków. Bo też każda ze stron, także nie uczestniczący w „zdradzie monachijskiej", starała się wyciągnąć z krytycznej sy- tuacji korzyści własne. Najbardziej widoczny pęd do udziału w antyczeskim sprzy- siężeniu ujawnił polski minister Józef Beck, którego uskrzydlała myśl, że realizuje jeden z punktów testamentu Komendanta. Poseł Kazimierz Papee 27 września wręczył w Pradze notę zawierającą żądanie natychmiastowego rozwiązania pro- blemu Śląska Cieszyńskiego. Ciągnący się od lat, nabrzmiały wzajemnie eskalo- wanymi pretensjami problem dotyczył 906 km2, który zamieszkiwało 106 tyś. Po- laków oraz około 100 tyś. Czechów i 20-40 tyś. Niemców. Czechosłowacja zatrwożona nową sytuacją zabiegała o poprawę stosunków z Polską. Za cenę istotnych korzyści gospodarczych chciała nawet doprowadzić do sojuszu politycznego. Przeważyły jednak argumenty Becka — historyczne i aktualne, merytoryczne i taktyczne. Jego pogląd podzielili uczestnicy narady zwołanej do Zamku 30 września 1938 r. przez prezydenta Mościckiego, w której uczestniczyła kilkuosobowa elita władzy RP. Jedynie wicepremier Kwiatkowski zauważył, że jego zdaniem lepiej byłoby zastosować normalną procedurę dyplo- matyczną. Zwyciężyła jednak forma stanowcza — ultimatum. Rozwiązanie to zy- skało w Polsce powszechną aprobatę. Dużą rolę odegrała urażona przez „wiel- kich" ambicja Polaków. To ona spowodowała, że tlący się przez lata zamiar 307 odebrania Zaolzia w krótkim czasie zyskał ogromną rzeszę zwolenników. Nawet ludzie przychylnie do Czechosłowacji usposobieni na fakt odsunięcia Polski od monachijskiej „stypy" reagowali zapalczywymi żądaniami rewindykacji Zaolzia. Kiedy 1 października 1938 r. Praga powiadomiła, że przyjmuje ultimatum — w Polsce zapanowała niebywała euforia. Do tego sukcesu niemal wszyscy wyciągali ręce. Wkroczenie wojsk polskich na Zaolzie znakomicie wpisywało się w trwającą wówczas kampanię wyborczą. Parlament został rozwiązany 13 września 1938 r., przed upływem kadencji. Była to swoista kara dla posłów, którzy w czerwcu tegoż roku, po niespodziewanej śmierci marszałka Stanisława Cara, wybrali na to stanowisko Walerego Sławka. Dla urzędującego „duumwiratu" oraz jego wcale dużego zaplecza głosowanie to było niemiłym zaskoczeniem. Znaczyło ono też, że spora część wyselekcjonowanych przecież posłów nie akceptuje istniejącego układu sił w elicie władzy. W tej sytuacji koncentracja opinii publicznej na sprawach polityki zagranicznej oraz ściśle z nią związanej obronności państwa była dla rządu wymarzoną kanwą kampanii. Rzecznicy tej orientacji stanęli na stanowisku, że lansowany przez opozycję bojkot wyborów jest sprzeczny z podstawowym obowiązkiem każdego obywatela. Kierunek ten dobrze ilustruje jedno z głównych haseł rozlepianych na murach i malowanych na płotach: „Nie głosować rzecz warcholska, zapamięta Ci to Polska". Aktywa opozycji miało pomniejszyć zapewnienie, że powszechnie odrzucaną przez siły demokratyczne ordynację wyborczą zmieni właśnie wyłaniany parlament. Powinni więc wejść do niego przedstawiciele wszystkich sił politycznych, którym sprawa ta leży na sercu. Jednak rządowemu sloganowi „Zapamiętaj cztery słowa: Sejm to ordynacja nowa" jej wrogowie przeciwstawiali podobny: „Zapamiętaj cztery słowa: Sejm to lipa ozonowa". Wybory przeprowadzone 6 listopada 1938 r., a więc w czasie nadal trwającej euforii wywołanej zajęciem Zaolzia, dały sukces dotychczasowej władzy. Mimo wezwań do bojkotu przez trzy czołowe siły opozycyjne — endecję, socjalistów i ludowców — do urn przybyło 67% uprawnionych. Aż 166 na 208 miejsc w Sejmie zajęli przedstawiciele „Ozonu". Frondująca grupa Sławka przegrała z kretesem i nie wprowadziła nikogo do Sejmu. Lider tej grupy, odsuwany i lekceważony, „pozbawiony Polski" — jedynego sensu własnego istnienia — popełnił samobójstwo 3 kwietnia 1939 r. w 60 roku życia. Mniej udane dla „duumwiratu" były przeprowadzone wkrótce wybory samo- rządowe. Opozycja, wyciągając wnioski z wyborów parlamentarnych, zrezygnowała z bojkotu. Osiągnięte wyniki w pełni potwierdziły słuszność tej drogi, gdyż ugrupowania opozycyjne razem wzięte zdobyły większość głosów. W kilku waż- nych miastach, jak: Łódź, Kraków, Poznań, Warszawa rząd musiał powołać prezy- dentów komisarycznych, odmawiając zatwierdzenia osób rekrutujących się z opo- zycji. Ogromny sukces odniosło Stronnictwo Ludowe, którego przedstawiciele zdobyli przewagę w wielu radach gromadzkich. Niepowodzenia te nie psuły dobrego samopoczucia władzy pokazującej spo- łeczeństwu twarz zwycięzcy, radzącego sobie z wszelkimi przeciwieństwami losu. Marszałkiem Sejmu został prof. Wacław Makowski, Senatu zaś Bogusław Mię- dziński. Na czele rządu pozostał gen. Sławoj Składkowski, z powodzeniem la- 308 wirujący między rywalizującymi grupami i koteriami. Monopol „Ozonu" na władzę wydawał się tym mocniejszy, że stale ponawiane plany tworzenia po- nadpartyjnej większości dokumentującej zwartość ogółu obywateli Polski w ob- liczu rosnącego zagrożenia zewnętrznego nie znajdowały w rządzie dobrego klimatu do realizacji. Kiedy w styczniu 1939 r. Rada Naczelna SP przypomniała swój postulat powołania rządu zaufania narodowego i skierowała do OZN, SN, SL i PPS zaproszenie na konsultację, pozytywnie zareagowali tylko ludowcy. Zdecydowanie niechętni takim pomysłom byli ludzie z ówczesnej elity władzy, w tym także ludzie „obozu zamkowego", krytycznie usposobionego wobec militarno-totalitarnych gestów ludzi „Ozonu", wynoszących Naczelnego Wodza ponad inne struktury władzy. Jednak ani prezydent Mościcki, ani blisko z nim związana grupa z wicepremierem Kwiatkowskim nie widziała potrzeby dzielenia się władzą z opozycją, od której oczekiwano włączenia się w proces konsolidacji społeczeństwa, ale pod własnym sztandarem. W całej krasie dał wyraz tej tendencji prezydent Mościcki, który 30 marca 1939 r. przyjął grupę profesorów wyższych uczelni z Franciszkiem Buja- kiem, Stanisławem Estreicherem, Stanisławem Lehr-Spławińskim oraz takich znanych polityków związanych z nauką, jak Stanisław Grabski czy Cyryl Ratajski, którzy fatygowali się do Zamku Królewskiego w celu zwrócenia uwagi na powagę sytuacji kraju. Postulując zmianę nastawienia do opozycji widzieli oni potrzebę odpowiedniej rekonstrukcji gabinetu lub co najmniej istotnego poszerzenia składu Komitetu Obrony Kraju, ciała istniejącego już od 1936 r., ale grupującego wyłącznie ludzi z sanacyjnej elity (prezydent, Generalny Inspektor Sił Zbrojnych, premier, ministrowie spraw wojskowych, zagranicznych, skarbu itd.). Różnica w ocenie sytuacji była na tyle duża, że prof. S. Estreicher, replikując wywody prezydenta, powiedział: „Stan faktyczny wygląda całkowicie inaczej —widocznie Pańskie uszv źle słyszą, a Pańskie oczy źle widzą". Prezydent Mościcki nie uznał też za celowe podjęcie rozmowy w sprawie zastoso- wania aktu łaski wobec więźniów politycznych. Kołacząca się od kilku lat sprawa amnestii dla Korfantego czy Witosa nabrała niespodziewanie dużego znaczenia po faktycznej likwidacji Czechosłowacji, gdzie od kilku lat mieszkali. Powracających do kraju witali zwolennicy, zaskoczeni i oburzeni nieustępliwością władz, które obu osadziły w więzieniu. Katowicka „Polonia" publikowała liczne apele kierowane do władz w sprawie uwolnienia Korfantego. W jednym z nich, przekazanym z Poznania pre- mierowi rządu, a podpisanym przez Cyryla Ratajskiego, Bernarda Chrzanowskiego, Wojciecha Trąmpczyńskiego i Bohdana Winiarskiego, napisano, że są „Wstrząśnięci wiadomością o aresztowaniu Wojciecha Korfantego, wielkiego, nieustraszonego bo- jownika o polskość Śląska w chwili, gdy jedność opinii polskiej winna się na zewnątrz ujawniać w całej pełni...". Witos został po kilku dniach zwolniony, natomiast Korfanty tułając się przez kilkanaście tygodni po więziennym szpitalu zmarł 17 sierpnia 1939 r. w okolicznościach rzucających ponury cień na jego wrogów i prześladowców. Paderewski na wiadomość o zgonie Korfantego wysłał do ministra sprawiedliwości Witolda Grabowskiego telegram zawierający takie m. in. słowa: „Zastosowanie w Polsce więzienia jako środka zapobiegającego do osoby Wojciecha Korfantego wyrywa z głębi sumienia krzyk grozy i protestu. Wiekopomnych zasług jego dla Ojczyzny nie wymaże z historii ani rozprawa sądowa, ani nawet skazujący wyrok". 309 Dramatyczny ton telegramu Paderewskiego współbrzmiał z kłębiącymi się nad Polską chmurami, których czerń od jesieni 1938 r. stawała się coraz bardziej inten- sywna. Sytuacja kraju zapętlała się w miarę wypełniania treścią stale wśród Niemców obecnych postulatów w rodzaju korekty granicy wschodniej, „korytarza" czy konieczności obrony uciskanej mniejszości niemieckiej. Postrzeganiu Polski jako potencjalnej ofiary towarzyszyła opinia stale wskazująca na różnie pokazywany w Europie wspólny marsz polsko-niemiecki. W 1938 r. do grona nacji lekceważących polską szlachetność doszli Słowacy, którzy po zajęciu Spiszu i Orawy stracili wszelkie nadzieje na pomoc Polski w ich dążeniach niepodległościowych. W za- sadzie załamała się też wówczas rozpamiętywana chętnie przez polskich dyplo- matów koncepcja tzw. międzymorza, czyli związku państw leżących między Bałty- kiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem. Chodziło o stworzenie „trzeciej siły", zdolnej do przeciwstawiania się dwóm głównym potęgom rejonu — Rosji i Niemcom. Widoczną słabością tej koncepcji było to, że Polska miała odgrywać w tym związku ważną, jeśli nie centralną rolę. Tymczasem chętnych do takiego rozwiązania nie było wówczas w Europie wieki, a Litwa i Czechosłowacja były zaś jakiejkolwiek polskiej dominacji przeciwne. W tym stanie rzeczy wałkowana w Polsce ponad miarę idea „międzymorza" nie odegrała żadnej roli w polityce międzywojennej. Miała ona natomiast pewien wpływ na ugruntowanie się funkcjonującej i dość rozpowszechnionej opinii o uprawianiu przez Polskę polityki ponad stan, odbie- gającej od realnych możliwości kraju. Sprawa ta bywała tematem kpin i dowcipów, chętnie biorących za swój obiekt ministra Becka. Wypominanie mu mocarstwowych frazesów i manier było na tyle znane i powszechne, że odniósł się do tej sprawy w Ostatnim raporcie. Napisał tam, że na próby komplementowania Polski, zaczynające się od słów: „Polska jako wielkie mocarstwo..." — konsekwentnie odpowiadał, że Polska nie jest wielkim mocarstwem w sensie uprawiania polityki światowej, ale jest państwem, które „ma politykę własną, nie może być przedmiotem międzynarodowych handlów politycznych, jako że jest krajem, który się ceni". To bardzo łagodne tłumaczenie własnego „ego", niewątpliwie podszytego prze- konaniem o wysokich walorach własnych oraz odbudowanego głównie przez le- gionistów państwa, kontrastuje z wieloma przekazami epoki, dokumentującymi przywiązanie ministra Becka do przekonania, że Polska jest jednak europejskim mocarstwem. Przypominał mu o tym zresztą tytuł opublikowanej w marcu 1939 r. książki Juliusza Łukasiewicza, ambasadora w Paryżu, jednego z najbliższych współpracowników, który brzmiał: Polska jest mocarstwem. W 1938 r. Rada Ministrów wydała zarządzenie w sprawie jednolitego, odświętnego umundurowania urzędników polskiej służby zagranicznej. Rozporządzenie dotyczyło całego personelu dyplomatycznego na placówkach oraz wyższych funkcjonariuszy centrali — dyrektorów departamentów, naczelników wydziałów i kierowników resortów. Pomysł ten miał wielu przeciwników, ale też niemałe grono zwolenników. Władysław Gunther zauważa, że „w pewnych okolicznościach mundur dyplomatyczny miał swoją rację bytu, np. na paradach ulicznych lub wśród grona wojskowych. Wówczas dyplomata strojny w złote hafty, strusie pióra i przy szpadzie wnosił własną barwną plamkę do ogólnego obrazu, swoją określoną rangę i pewną okazałość, w przeciwieństwie do cywilów". 310 Pozostaje faktem, że im więcej trudnych decyzji stawało przed polskim mini- strem, rządem i państwem — tym chętniej odwoływano się do akcentów wyno- szących znaczenie kraju w Europie i świecie. W tym kierunku podążała propaganda Ligi Morskiej i Kolonialnej przypominającej społeczeństwu polskiemu (mniej Europie czy światu) nie zrealizowane zdolności kolonizacyjne. Program ekspansji — motywowanej najczęściej potrzebami surowcowymi oraz dużą dynamiką de- mograficzną — w sytuacji zagęszczania konfliktów wokół własnego domu był elementem podbudowy wiary we własne siły oraz zdolności do obrony stanu po- siadania. Polską mocarstwowość społeczeństwo polskie pojmowało raczej w kon- tekście siły własnej, dostatecznie dużej, by nie oddać nawet guzika. Jednak polska mocarstwowośc to także determinacja w realizacji własnych celów, nawet wówczas, gdy jej samodzielna działalność została przez mocarstwa zakazana. Tak było w przypadku Zaolzia, co rozgniewało Moskwę i było bardzo źle ocenione przez wszystkich polityków naradzających się w Monachium. Nie przebierali przeto w słowach, jakby radując się, że jest w Europie ktoś (Beck) lub coś (państwo polskie) jeszcze bardziej pogardzane z powodu „zdrady monachij- skiej". Dosadny zwykle Winston Churchill po powrocie Chamberlaina z Mona- chium powiedział: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę. Wybrali hańbę. Wojnę będą mieli i tak". Politykę Polski przyrównał do postępowania hieny, która rzuciła się na konającą Czechosłowację. Stanął zatem Churchill w rzędzie tych, którzy życzyli Polsce wszystkiego najgorszego. Powszechności tego mniemania towarzyszyło przypominanie rozwoju polskiej agresywności. Kiedy w 1938 r. dogorywała Au- stria, z Warszawy wyszło ultimatum do Litwy żądające nawiązania stosunków dyplomatycznych. Litwa uległa. Po upływie pół roku, przy okazji kolejnej zawie- ruchy wywołanej przez hitlerowskie Niemcy — Warszawa zadała „cios w plecy" Czechosłowacji i zajęła Zaolzie. Dlatego nawet w Dzienniku bardzo Polsce życzli- wego włoskiego ministra spraw zagranicznych Galeazzo Ciano widnieje opinia Mussoliniego, który w obecności ambasadora Wielkiej Brytanii w Rzymie Percy Loraine'a powiedział, że Polska jest ostatnim krajem mającym prawo przemawiania w obronie Pragi, gdyż ostatni śmiertelny cios zadała Czechosłowacji wówczas, gdy ta leżała na ziemi. Także z uwzględnieniem tej perspektywy jesień 1938 r. otwiera nowy rozdział w polityce państwa polskiego. Sytuacja Polski, dzięki polityce realizowanej „na ostro" i wyrażającej się w ultymatywnych notach przekazanych w ciągu 1938 roku do Kowna i Pragi, stała się dramatycznie trudna. Odpowiedzialny za tę politykę minister Beck starał się nową sytuację tuszować, nie tylko przed społeczeństwem, ale nawet przed kolegami z gabinetu. „Linia 26 stycznia" w sposób jednoznaczny straciła rację bytu. Ale przerzucanie steru polityki państwa z filoniemieckiej na antyniemiecką dokonywało się z udziałem ministra Becka, mającego w Europie opinię sojusznika Hitlera. Rodziło to liczne wątpliwości, nawet wśród tych przeciętnych „zjadaczy chleba" z Francji i Anglii, którym polityka monachijska dogadzała, a nawet bardzo się podobała. Dramaturgia sytuacji Polski była oczywista dla •większości ludzi zabierających głos w sprawach polityki międzynarodowej. Dążenie Niemiec do zajęcia pierw- szego miejsca w Europie Środkowowschodniej kontrastowało z ewidentną nie- możnością Polski do przeciwstawienia się tej tendencji. Kiedy ambasador Polski 311 w Berlinie Józef Lipski sugerował w sierpniu 1938 r. ministrowi Beckowi podjęcie energicznych kroków w duchu antyniemieckim, został przystopowany przez szefa uwagą o zmianie układu sił między Polską a Niemcami; nikłe też były nadzieje na pomoc państw trzecich: jeślibyśmy nawet poszli ,,na ostro" z Hitlerem, to kto nas poprze? — pytał Beck ambasadora Lipskiego. „Przecież sprzedano by nas jak bułkę za grosz. Twoje założenie ambasadorze jest słuszne, ale nie ma po temu ani sił potrzebnych, ani odpowiedniego klimatu na Zachodzie". Z punktu widzenia Zachodu sytuacja w ostatnich kilkunastu miesiącach po- przedzających II wojnę światową zmieniała się powoli i w sposób mało przekonujący. W Berlinie ujawniła się natomiast istniejąca „od zawsze", a jedynie okresowo kamuflowana z powodów taktycznych chęć podporządkowania Polski w nadziei na uczynienie z niej państwa satelickiego. Tak należy odebrać słowa Ribbentropa skierowane do ambasadora Lipskiego 24 października 1938 r., że nadszedł czas na generalne uporządkowanie istniejących między Polską i Rzeszą problemów i „ukoronowanie rozpoczętego przez marszałka Piłsudskiego i Fiihrera dzieła przymierza". Zamieszanie wywołane w Warszawie tak sformułowaną inicjatywą Rzeszy — braną pod uwagę, ale zawsze odrzucaną — spowodowało pozytywne zmiany w stosunkach polsko-radzieckich. PAT i TASS 26 listopada 1938 r. powiadomiły oprowadzonych rozmowach w duchu umocnienia wzajemnych zobowiązań, których najważniejszym elementem był pakt o nieagresji. Przejawem odwiiży w refe-cjach między obu państwami była umowa handlowa podpisana 19 lutego 1939 r., której nie zdołano wynegocjować przez minione lata. Przewidywała ona kilkuna-stokrotny wzrost wzajemnych obrotów w stosunku do 1938 r. Pośpiech z jej wdrożeniem do praktyki zamanifestowano w ten sposób, że — w oczekiwaniu na ratyfikację Sejmu — prezydent wydał stosowne rozporządzenie. Zasadniczy punkt ciężkości koncentrował się na granicy północnej i zachodniej. Trwający kilka miesięcy, stopniowo się wzmagający nacisk na rząd i dyplomację polską obejmował rozmowy ministra Becka z Hitlerem w Berchtesgaden 5 stycznia 1939 r. i dnia następnego z Ribbentropem w Berlinie, wizytę Ribbentropa w Warszawie z okazji 5 rocznicy narodzin „linii 26 stycznia", czy wizytę Re- ichsfuhrera SS Himmlera 18-21 lutego. Mimo licznych przyjaznych gestów i sfor-t mułowań, drogi Niemiec i Polski coraz jawniej rozchodziły się. Minister Beck długo zwlekał z powiadomieniem francuskiego sojusznika o niemieckich żądaniach. Podobnie zresztą postępowali Niemcy, którzy o swoich najbliższych planach nie rozmawiali ani z Włochami, ani z Japończykami. Nie znaczy to, że problemu nie dostrzegano, choćby w prasie francuskiej i angielskiej, gdzie oprócz najróżniej- szych spekulacji pojawiły się analizy biorące za podstawę założenie, że Hitler po- stawił Polsce ultimatum: albo sojusz i korzyści terytorialne, albo unicestwienie. Perspektywa wprzęgnięcia Polski w niemiecki rydwan stanowiła zagrożenie dla Zachodu, który nigdy nie zrezygnował z prób pchnięcia agresywnego hitleryzmu na Wschód. Teza ta, jakkolwiek chętnie i często kwestionowana, znajduje dostatecznie mocne podstawy nie tylko w źródłach, ale logice francuskiej czy bry- tyjskiej racji stanu. Tej samej zresztą logiki nie można odmawiać Związkowi Ra- dzieckiemu, który liczył na wybuch wojny na Zachodzie. Kiedy jednak 14 marca 1939 r. ogłoszona została secesja Słowacji, która kilkanaście dni później zapragnę- 312 la opieki Rzeszy, kiedy 16 marca Czechy i Morawy stały się —jako protektorat — częścią Rzeszy, kiedy 22 marca Litwa przekazała Kłajpedę III Rzeszy — w stolicach większości państw europejskich perspektywa wojny stała się namacalną i realną. Tak ewidentnie rozchwianej równowagi na „starym kontynencie" nie mogły akceptować pozostałe mocarstwa. Trwające cały czas próby obrony pokoju stawały się coraz trudniejsze przede wszystkim z powodu różnie manifestowanej przez Niemców pewności, że ich punkt widzenia jest jedynie słuszny i wcześniej czy później zostanie przeforsowany. Rosła też ich wiara w siłę własną, co wyrażało się według opinii Galeazzo Ciano, zanotowanej pod datą 11 sierpnia 1939 r., „bezwzględną wolą rozpętania wojny". Nawet „gdyby Niemcom dano więcej niż żądają, zaatakują mimo wszystko, bo po prostu są opętani przez demona zniszczenia". Wkroczenie 15 marca 1939 r. wojsk niemieckich do Pragi (zimno i deszcz ze śniegiem — to swoisty akompaniament dla tej agresji) dodatkowo podnosiło zna- czenie Polski jako newralgicznego punktu na mapie Europy. Jak nigdy wcześniej w XX wieku, może poza lipcem i sierpniem 1920 r. i ewentualnie grudniem 1981 r. — podejmowane w Warszawie decyzje ważyły na losach kontynentu. Poza tym polityczna konfrontacja nabierała tempa i szerszego wymiaru. Na likwidacji państwa czechosłowackiego zyskali Węgrzy, którzy w marcu 1939 r, zajęli Ruś Zakar-packą. Polska zyskała dodatkowego, ósmego, szczęśliwie przyjaznego sąsiada. Ten namacalny przejaw ciągnącej się przez cały okres międzywojenny wrogości wobec Czechosłowacji oba zwycięskie państwa bardzo celebrowały. Rozgłos był jednak odwrotnie proporcjonalny do realnego znaczenia tego sukcesu, uzyskanego zresztą z łaski arbitrów niemieckich i włoskich. Zmiany i korekty terytorialne na południu Polski w sposób zasadniczy pogarszały strategiczne położenie kraju, znajdującego się pod rosnącą presją sąsiada z zachodu, koncentrującego się na weryfikacji kolejnych punktów swego politycznego programu. Szczególnie częstym tematem była sytuacja Wolnego Miasta Gdańska, od lat nazywanego „barometrem", „papierkiem lakmusowym" stosunków polsko- niemieckich. Tak też było wiosną i latem 1939 r. Ribbentrop 26 marca miał pretensje do ambasadora Lipskiego o zarządzenia wojskowe wprowadzone w Polsce w odpowiedzi na zmianę sytuacji po 15 marca. Chodziło o ruchy czterech dywizji, które nie tylko zostały postawione w stan gotowości bojowej, ale także przesunięte nad granicę niemiecką. Ribbentrop przestrzegał więc, że agresja Polski przeciw Gdańskowi będzie uznana za agresję przeciwko Rzeszy. Rozmowa ta miała swój dalszy ciąg w Warszawie, gdzie 28 marca 1939 r. minister Beck oświadczył ambasadorowi von Moltkemu, że jakakolwiek zmiana istniejącego status quo w Gdańsku potraktowana będzie jako agresja przeciwko Polsce. Zaskoczony ambasador mówiąc, że jest to próba prowadzenia negocjacji na ostrzu bagnetów, usłyszał: „za waszym przykładem". Drugim, szczególnie silnie eksploatowanym obszarem hitlerowskiej propagandy był zły los niemieckiej mniejszości w Polsce. Kwestia ta, podtrzymywana przez cały międzywojenny czas przez różne ośrodki Polsce nieprzyjazne (upowszechniające świadomie przerysowany obraz polskiej nietolerancji), nakładała się na negatywny obraz Polaka ważącego się na wywyższanie, a nawet gnębienie przedstawicieli narodu niemieckiego. Kontekst psychospołeczny tej propagandy 313 był o tyle jeszcze silniejszy, że za jego istotę przyjęto niezbywalną rywalizację obu żywiołów, w której stawką było życie i panowanie tylko jednego, zwycięskiego... Trzeba podkreślić, że grunt dla takiej akcji był bardzo dobrze przygotowany. Badania Wojciecha Wrzesińskiego uwypuklają zasadniczą różnicę między formalnie poprawnymi stosunkami polsko-niemieckimi wynikającymi z „linii 26 stycznia" a upowszechnianiem wśród nazistów pseudonaukowych teorii negatywnie sytuujących wyobrażenia o Polsce i Polakach. Inny był zatem w III Rzeszy obraz stosunków polsko-niemieckich widziany z okien ambasad, inny zaś w rzeczywi- stości społecznej oraz kamuflowanej propagandzie, nasilającej się w miarę przy- bliżania perspektywy rozwiązania siłowego. Im bliżej wojny, tym wyraźniej zle- wało się w Niemczech negatywne wyobrażenie o Polakach z działaniami władz. Stosunki z Polską szpikowane były prowokacjami i pretekstami, szytymi tak gru- bymi nićmi, że ich wymienianie uwłacza rozumnemu człowiekowi. Ale Hitler nie krył, że to zwycięzca rozstrzyga, które fakty zostaną uznane za prawdziwe i kto pierwszy strzelał. Niemcy, którzy żyli w Polsce w poczuciu krzywdy wyrządzonej im i całemu narodowi po I wojnie światowej, z natury rzeczy hołubili hasła wielkogermańskiej dominacji, utożsamiane z nazizmem i jego wodzem. Zhitleryzowanych Niem-•ów z Pomorza i części Wielkopolski oraz Śląska opanowała żądza odwetu. Przygotowania prowadzone były pod dyktando lub w porozumieniu z budowaną sukcesywnie siatką Abwehry —jak potocznie nazywano niemiecki wywiad i kontrwywiad. W samym tylko województwie poznańskim liczba zarejestrowanych w lipcu 1939 r. przez Abwehrę współpracowników wynosiła 2324. Wielu młodych Niemców, uciekając przed spodziewanym poborem do wojska, porzucało dom rodzinny i wyjeżdżało do Niemiec. Wśród 100 tyś. Niemców, którzy w ciągu kilku miesięcy poprzedzających wojnę wyjechali z Polski, znalazła się pewna grupa osób spełniających różne misje informacyjne. Niezawodnie był wśród nich pastor parafii ewangelicko-reforrnowanej Wolfgang K. W. Bickerich. Ze szczegółowych badań prowadzonych przez Mirosławę Komolkę w odniesieniu do Leszna wynika, że w ciągu ośmiu miesięcy 1939 r. wyjeżdżał on do Niemiec 12 razy. Nie ma wątpliwości, że pastor Bickerich gromadził informacje dotyczące lokalnych stosunków gospodarczych i społecznych, segregując Polaków wedle ich stosunku do Niemców. Wybitniejsi obywatele mieli własne kartoteki. Działalność ta, możliwa do tłumaczenia gorliwością duszpasterską pastora, przybiera zupełnie jednoznaczny wyraz, jeśli zważyć, że był on tłumaczem i opiniodawcą podczas procesu lesz- czyniaków i rozstrzelania 20 spośród aresztowanych zakładników po agresji nie- mieckiej . Istniejąca w Polsce V kolumna złożona z Niemców zafascynowanych wizją Wielkiej Rzeszy czerpała też poparcie z przeznaczonych dla mniejszości niemieckich ambon Kościoła katolickiego. Nadzór polskich biskupów sprawowany w Poznaniu, Bydgoszczy czy innych mniejszych miejscowościach nad pracą duszpasterską księży niemieckich w sposób poważny ograniczał swobodę ruchów. Zbyt jawnych sympatyków hitleryzmu, choćby podpisujących swą korespondencję pozdrowieniem „Heil Hitler" — jak to miało miejsce w przypadku franciszkanina Wenantiusa Kempfa, pełniącego przez dziesięć lat funkcję duszpasterza Niemców w Poznaniu — skutecznie eliminowano. W każdym jednak przypadku spory wo- 314 kół swobody praktyk religijnych kapłanów wypełniających posługi wśród mniej- szości niemieckiej stawały się problemem politycznym, angażującym miejscową ludność, konsulaty, ministerstwa spraw zagranicznych, episkopaty, docierając często via Watykan do szczytów władzy. Pospieszne ewoluowanie stosunków niemiecko-polskich do poziomu otwartej wrogości, grożącej wybuchem wojny, skłoniło rząd brytyjski do udzielenia Polsce gwarancji pomocy na wypadek zagrożenia jej niepodległości. Kwestię tę, w formule uzgodnionej z rządem polskim, postawił premier Neville Chamberlain w Izbie Gmin 31 marca 1939 r. Zachwyciła ona Polaków, którzy od lat bezskutecznie zabiegali o pozyskanie rządu brytyjskiego dla stabilizacji granic państwa. Sądzono, że dążeniu temu stało się zadość, zwłaszcza że brytyjskie gwarancje dla Polski potwierdzone zostały dwustronnym układem podpisanym 6 kwietnia. Wyobraźnię podniecały kolejne gwarancje udzielone przez Wielką Brytanię dla Grecji i Rumunii, a później także Turcji. Tym samym więc — radowano się — Polska została wpisana w szerszą panoramę brytyjskiej mobilizacji zakładającej bardziej stanowczy opór przeciwko rozwiązaniom narzucanym Europie przez Hitlera. Analiza gwarancji brytyjskich w kontekście spraw polskich prowadzi do sprzecznych wniosków. Nadal nie brak opinii, że Polska przechytrzyła Brytyj- czyków, podstępnie wciągając ich do sojuszu, by później sabotować ich działania mogące uratować pokój. Z tezy tej wyprowadza się nawet wniosek o współodpo- wiedzialności Polski za wybuch wojny światowej, której bez wymuszonego zaan- gażowania Wielkiej Brytanii można było uniknąć. Równie krytycznie do gwarancji brytyjskich podeszli polscy germanofile. Wła- dysław Studnicki — jeden z najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli tego elitarnego ruchu — energicznie protestował twierdząc, że przyłączenie się Polski do bloku antyniemieckiego to niemal pewne uderzenie w najsłabsze ogniwo aliansu. Nie wierzył też w efektywną pomoc Zachodu, a zdolność obronną Wojska Polskiego określał na sześć tygodni. Niewątpliwie Brytyjczycy przekonani o szczególnie groźnym stanie stosunków polsko-niemieckich, jak również zatrwożeni możliwością wojny z Niemcami na warunkach ustalonych w Berlinie, dążyli do przechwycenia steru negocjacji z zamiarem wybiórczej obrony status quo. Bardzo też w Londynie obawiano się załamania Polski i przyłączenia się jej do niemieckiego bloku. W takim razie Rzesza bezpieczna od wschodu i południa miałaby pełną swobodę w grze antyfran-cuskiej i antybrytyjskiej. Dlatego też — jak pisze Henryk Batowski —przed Wielką Brytanią, a także Francją na przełomie lat 1938-1939 stało zadanie niedopuszczenia do podporządkowania Polski przez Niemcy. „Taka jest geneza wszystkich awansów brytyjskich i francuskich pod adresem Polski, taka przyczyna pośpiechu, by pozycję Polski określić jak najszybciej w sensie dla Zachodu korzystnym". Stąd wzięła się zasadnicza zmiana polityki brytyjskiej, która włączyła do swego programu gwarancje niepodległości Polski, choć długo kluczyła, by poza gwarancjami pozostawić kwestię granic. Znaczyło to, że stawiana wówczas przez Niemców sprawa przynależności Gdańska, a szerzej integralności państwa polskiego, nie była dla Brytyjczyków kwestią tabu. Gwarancje brytyjskie dla zagrożonej wojną Polski wywołały w Europie zrozu- miałe poruszenie. Rozochociły Francuzów, którzy — nie bez oporów — potwier- 315 dzili 13 kwietnia zobowiązania sojusznicze. Wynegocjowany następnie układ woj- skowy precyzował, że w przypadku agresji Niemiec na Polskę Francja przystąpi do ofensywy na froncie zachodnim w piętnaście dni od ogłoszenia mobilizacji. Gwarancje brytyjskie zaskoczyły Hitlera, który wściekał się biegając po pokoju i waląc w stół krzyczał o polityce okrążania. Przygotowaniom planu operacyjnego nazwanego Fali Weiss (Biały Wariant) nadano priorytet. Zwykłe stosunki między- państwowe uległy zamrożeniu. Przedstawiciele rządu Rzeszy, w tym także ambasador w Warszawie Hans Adolf von Moltke unikali oficjalnych kontaktów. Woczekiwania na pokojową kapitulację podjęta została w całych Niemczech antypolska kampania znakomicie sterowana przez zaprawionego w tej roli Goebbelsa. Jej elementem była mowa Hitlera wygłoszona 28 kwietnia w Reichstagu, w której uznano Polskę i Wielką Brytanię za podżegaczy wojennych. Wypowiedzenie umów łączących Polskę i Niemcy oznaczało definitywny kres „linii 26 stycznia", którą Hitler chciał zastąpić nowym układem. Kuriozalność przedstawionej wówczas Niemcom, Polsce i Europie propozycji polegała na tym, że w momencie prezentacji obwieszczono ich nieaktualność, pozostawiając potomności werdykt „czy rzeczywiście słusznie postąpiono, odrzucając tę moją wyjątkową propozycję". Potomność ocenia... Ubolewaniu Hitlera nad postępowaniem rządu polskiego towarzyszyło wy- mowne przypomnienie sytuacji Czechosłowacji sprzed roku, kiedy to „pod naci- skiem zakłamanej nagonki prowadzonej na całym świecie" przystąpiła ona do mobilizacji swych sil zbrojnych. Podobne postępowanie rządu polskiego kon- trastowało z dobrą wolą Rzeszy oferującą „wyjątkowy kompromis", w którym „Polska nie była w ogóle, moim zdaniem, stroną dającą, lecz tylko biorącą; nie ulega bowiem najmniejszej wątpliwości, że Gdańsk nigdy nie będzie polski". W oczekiwanej z dużym napięciem polskiej odpowiedzi, przedstawionej w Sejmie 5 maja przez ministra Becka, każda ze stron oraz licznych europejskich kibiców starała się wyłuskiwać akcenty im najbardziej dogadzające. Dla ogółu obywateli państwa polskiego podstawowe znaczenie miała kwestia pokoju i wojny. Jeśli bowiem na horyzoncie wojna, to inne nastawienie mieli do ukształtowanej sytuacji Polacy, inne poniewierani przez Rzeszę Żydzi, którzy jeśli już po ogromnych kłopotach znaleźli się w Polsce — przyrównywali ją nieraz do „ziemi obiecanej", inaczej kokietowani przez Berlin Ukraińcy (problemem mogło być to, że aż 12% stanu Wojska Polskiego to Ukraińcy), a jeszcze inaczej problem zysków i strat ważyli obywatele polscy z mniejszości niemieckiej. Jakkolwiek losy jednostek i rodzin układały się w mozaikę o nieskończonej liczbie sytuacji, to jednak perspektywa wojny — nawet dla Niemców przekonanych, że będzie to kolejny Pamdemarsch — czyniła z odpowiedzi rządu polskiego obiekt powszechnego zainteresowania. „Słuchała jej cała Polska — zanotowała Maria Dąbrowska — wszędzie przerwano pracę, wszyscy przy głośnikach. Doskonała mowa, zarówno w formie, jak i w treści". Przemówienie ministra Becka w Sejmie pozostawiało wprawdzie furtkę dla dalszych rozmów, jednak rachuby na jednostronne koncesje ze strony Polski nie miały podstaw. „W mowie swej pan Kanclerz Rzeszy jako koncesję ze swej strony proponuje uznanie i przyjęcie definitywnie istniejącej między Polską a Niemcami granicy [...] chodziłoby tu o uznanie naszej de iure i de "neto, bezspornej własności, więc co za tym idzie, ta propozycja również nie może 316 zmienić mej tezy, że dezyderaty niemieckie w sprawie Gdańska i autostrady po- zostają żądaniami jednostronnymi". Beck wystąpił jako przedstawiciel państwa, które wysoko ceni sobie honor i dlatego od Bałtyku Polska „odepchnąć się nie da". Stanowisko rządu polskiego zaprezentowane przez ministra Becka w Sejmie spotkało się także z bardzo dobrym przyjęciem opozycji, która przypisywała sobie zasługę, że w końcu władza opamiętała się kładąc kres wspólnemu marszowi polsko-niemieckiemu. Związany z rewolucyjną lewicą Władysław Broniewski znakomicie oddał wzrost nastrojów patriotycznych w wierszu Bagnet na broń na- pisanym w kwietniu 1939 r. Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt: wysączymy ją z piersi i pieśni. Cóż, że nieraz smakował gorzko na tej ziemi więzienny chleb? Za tę dłoń podniesioną nad Polską -kula w łeb! Kierownictwo PPS odstąpiło od demonstracji pierwszomajowych, a przybyły z emigracji Wincenty Witos wzywał chłopów 29 maja 1939 r. słowami: „Macie służyć Państwu bez względu na to, jaki jest rząd". Sędziwy już, ale gotowy do ofiar Ignacy Paderewski w oświadczeniu dotyczącym stosunków polsko-niemiec- kich, ogłoszonym w związku z pogłoskami o bliskiej już wojnie, stwierdzał: „Niech nieprzyjaciele nasi nie łudzą się, że z naszych wewnętrznych tarć politycznych potrafią wyciągnąć dla siebie jakieś korzyści. Uprzedzamy lojalnie przed decydującą walką, iż w razie najmniejszego zamachu na ziemie naszych praojców zastaną naród polski zjednoczony, silny i karny, gotów do poniesienia najwyższych ofiar z mienia i krwi". Podobne deklaracje stanowiły element konsolidacji ogółu społeczeństwa, które manifestowało przy różnych okazjach swoje przywiązanie do państwa w nie- uszczuplonej postaci. Oto np. organizowane co roku przez Ligę Morską i Kolo- nialną wianki miały w 1939 r. o tyle specyficzny wydźwięk, że tradycji tej towarzyszyły apele w sprawie Gdańska, którego „nie oddamy, chyba po naszych trupach. I wszystkie te zaklęcia w cichą noc czerwcową popłynęły z prądem, aż do Gdańska" — czytamy w Orędowniku Urzędowym Powiatu Szubińskiego z l lipca 1939 r. Nadrzędnym hasłem tych i podobnych uroczystości było zdanie z mowy mi- nistra Becka, że Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da. Atmosferę społecznej mobilizacji podniecały liczne uroczystości z udziałem przedstawicieli armii, podczas których różne środowiska społeczno-narodowe (nawet gazeciarze warszawscy), miejscowości, zakłady pracy, szkoły itp. przekazywały sprzęt wojskowy lub środki na zakup broni. Ogromny ładunek patriotyzmu niosła ze sobą zbiórka na Fundusz Obrony Narodowej (FON). W tej powszechnej akcji, obejmującej także wiele rodzin z mniejszości narodowych, urzeczywistniła się nadzieja, że oddanie obrączek ślubnych czy przekazywanych z pokolenia na pokolenie precjozów ro- dzinnych przysłuży się Polsce i uchroni kraj przed wojną i zagładą. 317 Skrywany do przełomu kwietnia i maja konflikt niemiecko-polski stał się te- matem przykuwającym powszechną uwagę. Najróżniej motywowanym populi- stycznym dywagacjom oraz dyplomatycznym pertraktacjom towarzyszyły obawy, że paneuropejska wojna, o której mówiono od dawna, jest blisko. Strach przed nią podpowiadał walkę o utrzymanie pokoju, a co najmniej odroczenie wybuchu. Stąd mnożące się naciski na Polskę, by ustąpiła w imię interesu cywilizacji „starego kontynentu". Artykuł francuskiego dziennikarza Marcela Deata w prowincjonalnym piśmie z 5 maja 1939 r. z tytułem Czy warto umierać za Gdańsk? znakomicie oddaje ów dramatyczny nastrój obejmujący ogromną większość Europejczyków. Uległ jej także Pius XII, który w końcu sierpnia tłumaczył — za pośrednictwem nuncjusza w Polsce Filippo Cortesiego — że odstąpienie Pomorza i Gdańska może uratować pokój. Beck odpowiedział, że ogłoszenie takiego życzenia Watykanu „obraziłoby najżywsze uczucia katolickiej większości mego kraju". Koncentracja potężnej fali propagandowej na sprawie Gdańska i „korytarza" to także sugestia dla rządów i społeczeństw Europy, aby zajęły wobec nabrzmie- wającego sporu postawę „rozsądną". Rzeszy chodziło o rozprawienie się z Polską w ramach lokalnego konfliktu. Cel ten można było osiągnąć tylko wówczas, gdy do sporu polsko-niemieckiego o Gdańsk nie wmiesza się żadne inne państwo — ani po stronie Niemiec, ani po stronie Polski. To jeden z głównych powodów, że Polska coraz częściej i coraz jawniej pozo- stawiana była sama sobie. Osamotnienie potęgowało się tym bardziej, że dyplo- macja polska nie chciała współpracować z każdym, gdyż koszty takiej współpracy mogły być duże, zgoła nieobliczalne. Ograniczenia te powodowały, że im bliżej wojny, tym bardziej zawężały się możliwości polskiej polityki zagranicznej. Z miesiąca na miesiąc stawała się ona coraz wyraźniej przedmiotem gry między- narodowej. Jakkolwiek ochotę do udziału w tej grze zdradzało wiele państw bliżej i dalej położonych od Warszawy, to jednak pierwszoplanowa rola Londynu, Berlina i Moskwy stawała się coraz bardziej wyrazista. W powodzi różnych inicjatyw mających pohamować niemiecką żądzę poszerzania swego terytorium ważne miejsce zajmują negocjacje bryfyjsko-francusko- rK>d?,ierJdPr prowadzone niespiesznie w Moskwie od kwietnia 1939 r. Rozmawiano w atmosferze braku wzajemnego zaufania oraz nadrzędnego dążenia do ulokowania wybuchu wojny najdalej od wiasnego domu.YJO\SKA &o rozmów TÓe XcfpTO5>7L>Ttó. Rząd radziecki oczekiwał od Francji i Wielkiej Brytanii, że dla zapewnienia skuteczności sojuszu uzyskają one zgodę Polski na przemarsz sił radzieckich przez je} terytorium, np. przez Malopolskę wschodnią i przez Wilno. Projekt ten był analizowany bez szans na sukces. Rząd polski stał na niewzruszonym stanowisku, że żadne układy wojskowe z Sowieterm Tiie wcYiodzvw gt^.VraekcKvsme. to, wyprowadzone wprost z ukształtowanej przez Komendanta doktryny „równej odległości", określało prowadzoną w ów czas politykę mocarstw zachodnich, koncentrującą się na niedopuszczeniu do sojuszu niemiecko- polskiego. Kiedy cel ten, m.m. z powoćiu gwarancji brytyjsko-francuskich z przełomu marca i kwietnia, został osiągnięty — mocarstwa te starały się odroczyć wybuch wojny, przenosząc koszty ewentualnego dogadania się z Rzeszą na Polskę. Znakomicie w tym scenariuszu mieści się stanowisko przedstawicieli sztabów Francji i Wielkiej Brytanii, którzy już 4 maja 1939 r. uzgodnili, że ewentualna ak- 318 tywność ich armii w razie wojny polsko-niemieckiej będzie miała charakter defen- sywny. W sformułowanym wówczas stanowisku czytamy: „Los Polski zależeć będzie od ostatecznego wyniku wojny, a to z kolei zależeć będzie od naszej moż- liwości doprowadzenia na końcu do klęski Niemiec, nie zaś od naszej możliwości, by zmniejszyć nacisk na Polskę na początku". Swoistym suplementem do tego stanowiska były ciągnące się przez kilka mie- sięcy rokowania w sprawie brytyjskiej pożyczki na dozbrojenie polskich sił zbroj- nych. Kpiono z tego nawet w życzliwej rządowi prasie, że sfinalizowany 2 sierpnia 1939 r. układ na sumę 8 mln funtów w formie kredytu towarowego w niewielkim stopniu spełni swój ponad miarę reklamowany cel. Marian Zgórniak w dobrej książce o sytuacji militarnej Europy w latach 1938-1939 stwierdza, że do chwili wybuchu II wojny światowej Polska nie otrzymała od Wielkiej Brytanii „praktycznie żadnej pomocy materialnej i finansowej. Skromne rozmiary kredytu brytyjskiego dla Polski stanowiły dla Hitlera dodatkowy argument, iż Anglicy w rzeczywistości nie zamierzają pomóc Polsce, a udzielone jej gwarancje stanowią obietnice całkowicie bez pokrycia". Trudna sytuacja Polski — zarówno z ogólnopolitycznego, jak i militarnego punktu widzenia — była dobrze znana w Berlinie. Utwierdzono się tam w prze- konaniu, że Wielka Brytania i Francja, mimo przyjętych zobowiązań, nie zdecydują się na militarne wsparcie Polski. Natomiast —jak jednoznacznie stwierdził Hitler 22 sierpnia 1939 r. — „w czasie konfliktu z Zachodem zaatakuje nas Polska". Dlatego tak bardzo irytujący wodza Rzeszy opór Polski chciał on złamać wręcz nieprawdopodobnym dla wielu aliansem państwa faszystowskiego z ko- munistycznym . Flirt niemiecko-radziecki uwidocznił się z początkiem 1939 r. Sensacją dorocznego spotkania korpusu dyplomatycznego z Hitlerem 12 stycznia była jego ponad dziesięciominutowa pogawędka z ambasadorem ZSRR w Berlinie Aleksiejem F. Mierekałowem. Tak długa wymiana uprzejmości była wymowna, jeśli zważyć na szpaler oczekujących dyplomatów, ustawionych w zależności od daty rozpoczęcia misji w Berlinie. „Hitler był niezwykle uprzejmy i nie zważając na moją złą znajomość języka prowadził rozmowę bez tłumacza" — raportował Mierekałow do Moskwy. Do tonu Fiihrera starali się dostroić członkowie świty — wśród nich Ribbentrop i generał Keitel. Sytuacja ta była skutkiem branej pod uwagę w Kancelarii Rzeszy zmiany kursu wobec ZSRR. Jednym z bodźców do tego były rachuby na zwiększenie importu surowców, niezbędnych dla realizacji czteroletniego planu ekonomicznego przy- gotowania wojny, nadzorowanego przez Hermanna Góringa. Niemieckie zabiegi o gospodarczą harmonię znalazły życzliwy odzew w Moskwie, gdzie — godząc się na rozmowy w sprawie podpisania traktatu handlowego — miano na widoku odsunięcie na 4-5 lat widma wojny. Takie wszakże zadanie postawił Stalin wysyłając w 1938 r. do Berlina nowego ambasadora — właśnie Mierekałowa, pracowitego i akuratnego inżyniera, całkowitego homo novus w dyplomacji. Dostrzegalne w różnych punktach Europy napięcie osiągnęło etapowy zenit 15 marca 1939 r., kiedy Hitler wprawił w osłupienie sygnatariuszy układu mona- chijskiego i dopełnił rozbioru Czechosłowacji. Trzy dni później, na śniadaniu dy- plomatycznym w gmachu Kancelarii Rzeszy ambasadorowi Mierekałowowi wy- 319 znaczono miejsce tuż za posłami państw Osi — Japonii i Włoch. Żona radzieckiego ambasadora siedziała vis a vis Góringa. Awanse towarzyskie były zapowiedzią kolejnych inicjatyw. Sekretarz stanu na Wilhelmstrasse, Ernst von Weizsacker, 17 kwietnia podjął w rozmowie z amba- sadorem Mierekałowem temat polepszenia dwustronnych stosunków — tak go- spodarczych, jak i politycznych. Poruszony tą inicjatywą Stalin w trybie pilnym wezwał Mierekałowa na Kreml. Wieczorem 21 kwietnia, w obecności W. Mołoto- wa, Mikojana, Kaganowicza, Berii i Malenkowa (ale bez Litwinowa!) Stalin zadał przybyłemu z Berlina ambasadorowi kardynalne pytanie: „Powiedźcie no — ruszą na nas Niemcy, czy nie ruszą?". Ambasador w dłuższym wywodzie przekonywał, że ZSRR zostanie zaatakowany, ale za 2-3 lata. Podczas tego spotkania wysłuchano także informacji Majskiego o szansach w rokowaniach z Francją i Wielką Brytanią, których rzecznikiem był Litwinow, usunięty zresztą ze stanowiska kilkanaście dni później — 3 maja. Atrakcyjność oferty niemieckiej z perspektywy Kremla była duża: w zamian za neutralność w wojnie z Polską wolna ręka w krajach nadbałtyckich oraz podział stref wpływów w Polsce. Czas naglił. Joachim von Ribbentrop 18 sierpnia 1939 r. bardzo pilnie telegrafował do amba- sadora niemieckiego w Moskwie, Friedricha Wernera von der Schulenburga, polecając spieszne przekazanie Mołotowowi prośby o zgodę na jego bezzwłoczny przyjazd do Moskwy. Powodem tego nalegania była szybko zmieniająca się sytuacja między- narodowa, która skłoniła Fuhrera do „zastosowania innej, szybko prowadzącej do celu metody". Stosunki polsko-niemieckie zaostrzają się z dnia na dzień — instruował Ribbentrop. „Musimy się liczyć z tym, że każdej chwili nastąpić mogą wydarzenia, które sprawią, że wybuch otwartego konfliktu będzie nie do uniknięcia. Z uwagi na postawę Rządu Polskiego nie panujemy w tym wypadku nad sytuacją". Sugestia poprawy stosunków wobec wysoce prawdopodobnej agresji niemieckiej na Polskę była dla ZSRR tym atrakcyjniejsza, że brak było realnych widoków na doprowadzenie do finału rokowań na temat współdziałania wojskowego z Wielką Brytanią, Francją i Polską. Zgoda Stalina na przyjazd do Moskwy ministra Ribbentropa była ogromnym zaskoczeniem. Porównywalną niespodzianką była umowa podpisana 23 sierpnia, po krótkich negocjacjach. Pakt znany pod nazwą Ribbentrop-Mołotow lub Hitler-Stalin był zarówno układem o neutralności, jak i współdziałaniu w podziale Polski. Składał się z części jawnej oraz ściśle tajnej, stanowiącej istotę tego dokumentu. Oto jego treść: „[...] Przy okazji podpisania Paktu o nieagresji pomiędzy Rzeszą Niemiecką i Związkiem Socjalistycznych Republik Rad podpisani pełnomocnicy obu stron przedyskutowali w najściślej tajnych rozmowach sprawę granicy ich obopólnych stref interesów w Europie Wschodniej. Rozmowy te doprowadziły do następujących wniosków: 1. W wypadku terytorialnych lub politycznych zmian na terenach należących do państw bałtyckich (Finlandia, Estonia, Łotwa i Litwa) północna granica Litwy stanowić będzie granicę pomiędzy strefami interesów Niemiec i ZSRR. W związku z tym obie strony uznają interesy Litwy w rejonie Wilna. 2. W wypadku terytorialnych lub politycznych zmian na terenach należących do Państwa Polskiego granica stref interesów Niemiec i ZSRR przebiegać będzie w przybliżeniu po linii rzek Narew, Wisła i San. 320 Kwestia czy w interesach obu stron będzie pożądanym utrzymanie niezależ- nego Państwa Polskiego i w jakich granicach będzie mogła być ostatecznie wyja- śniona dopiero w toku dalszych wypadków politycznych. W każdym razie oba rządy rozstrzygną tę kwestię na drodze przyjaznego porozumienia. W stosunku do Europy Poludniowo-Wschodniej strona sowiecka określiła swe zainteresowanie w Besarabii. Strona niemiecka zgłosiła swój całkowity brak zain- teresowania na tych terenach. 4. Niniejszy protokół będzie traktowany przez obie strony jako najściślej tajny. Moskwa, dnia 23 sierpnia 1939 r. Za rząd Rzeszy Niemieckiej: J. Ribbentrop Pełnomocnik rządu ZSRR: W. Mołotow". Wiadomość o układzie radziecko-niemieckim była trudną do przebicia sensacją, rozpamiętywaną z równym zaangażowaniem przez europejskie elity, jak i przeciętnego człowieka z ulicy. Powszechnie zdawano sobie sprawę z jego koniunkturalnego charakteru, ale także z tego, że w istotny sposób pogarszał on sytuację Polski. Wzmogły się obawy, że w obliczu domniemanego współdziałania niemiecko- radzieckiego (treść tajnego protokołu kilka godzin po jego podpisaniu znana była w Waszyngtonie, później także w Paryżu i Londynie) Polska zgodzi się na dialog z Rzeszą, który nieuchronnie doprowadzi do jej zwasalizowania. Wartość Polski była jednak dla Zachodu na tyle duża, że prowadzone od kilku miesięcy w Londynie rokowania w sprawie układu sojuszniczego spiesznie sfinalizowano. Ostatnie szczegóły ambasador Edward Raczyński uzgadniał z ministrem Beckiem przez telefon. Układ brytyjsko-polski podpisany 25 sierpnia mówił o natychmiastowej po- mocy zbrojnej, jeśli jedna ze stron stanie się obiektem agresji któregoś z państw europejskich. W części tajnej układu wskazano na jego antyniemiecki charakter, co notabene wydawało się równie oczywiste jak to, że układ Ribbentrop-Mołotow zawierał tajną klauzulę dotyczącą Polski. Po prostu tajne układy dołączane do jawnych porozumień były w okresie międzywojennym nagminne. Mimo to rząd polski będąc stroną wielu takich umów, aż po układ z Wielką Brytanią z 25 sierpnia, nie chciał przyjąć do wiadomości, ze sekretna część radziecko-niemiec- kiego paktu o nieagresji dotyczy rozczłonkowania państwa. Problem zmian terytorialnych jako element trwających w owym czasie per- traktacji z całą mocą dał o sobie znać także w układzie polsko-brytyjskim, gdzie mówiono jedynie o niepodległości i żywotnych interesach Polski, a nie o integralności terytorialnej. Znaczyło to, że Wielka Brytania powiązana układem sojuszniczym z Polską mogła modelować rozwój negocjacji, w których nie było miejsca na kapitulację, ale debata na temat nowego kształtu granicy polsko-niemieckiej, czy nawet polsko-radzieckiej mogła być brana pod uwagę. Perspektywa ta bardzo zresztą irytowała Hitlera, który już wówczas pożądał wawrzynów zwycięzcy na polach bitewnych z przeciwnikiem stosunkowo słabym, a przy tym dobrze rozpoznanym. Strach przed wojną był na Zachodzie tak duży, że prawdopodobieństwo ataku z tej strony w obronie Gdańska czy autostra- 321 dy wydawało się tak Hitlerowi, jak i ogółowi Niemców niedorzecznością. Niemniej jednak aktywność dyplomatyczna Londynu poszukującego filoniemieckiego kompromisu złościła Hitlera, obawiającego się — jak to ujął w rozmowie z generałem Waltherem von Brauchitschem 14 sierpnia, że Anglicy „utrudniają mu w ostatniej chwili podjęcie ostatecznej decyzji". Te same obawy targały Hitlerem w odniesieniu do Mussoliniego, wsławionego uratowaniem pokoju jesienią 1938 r. i konferencją w Monachium. Także w sierpniu roku następnego włoskie próby usatysfakcjonowania Rzeszy na drodze negocjacji, w formie koncertu mocarstw lub ewentualnej „czwórki" plus Polska, były równie natarczywe co i pozbawione realnych szans na sukces. Włosi, złączeni manifestacyjnymi więzami przyjaźni z Rzeszą (pakt antykominternowski, pakt stalowy podpisany 22 maja 1939 r.), ale wykrwawieni w Etiopii oraz w wojnie domowej w Hiszpanii, nie skrywali wrogości do wszelkich nowych pomysłów z bronią w ręku. Poza wszystkim katolicka Polska, koncentrująca się w wyobrażeniach Włochów na walce z bolszewizmem i prawosławiem, miała w Italii spore zastępy sympatyków, o których z powodzeniem zabiegali ambasadorzy Alfred Wysocki i Bolesław Wieniawa-Długoszowski (przy Kwirynale) oraz Władysław Skrzyński i Kazimierz Papee (przy Watykanie). Dlatego list Hitlera do Mussoliniego, przetelefonowany do Rzymu 25 sierpnia, w związku z zaplanowanym na dzień następny atakiem na Polskę, wywołał nad Tybrem ogromne poruszenie. Wprawdzie Hitler zwyczajowo nie odkrywał kart przed swym mistrzem i wodzem dyktatorów, ale zdanie, że „nikt nie może przewidzieć, co się stanie w najbliższym czasie", dawało wystarczające podstawy do popłochu. W odpowiedzi przekazanej tego samego dnia w analogiczny sposób Mussolini stwierdzał, że do wojny z Anglią i Francją nie będzie mógł przystąpić bez istotnej pomocy gospodarczej. Sporządzony pospiesznie wykaz włoskiego zapotrzebowania na uzbrojenie zdaniem Ciano „zabiłby byka, jeśliby umiał czytać". Jednak w rankingu notowań, które dały Polsce kilka dodatkowych dni pokoju, wyższe miejsce zajmuje układ sojuszniczy z Wielką Brytanią, który zachwiał prze- konaniem Hitlera, że Zachód w razie zajęcia Gdańska „nie ruszy się". Natomiast zapowiedź neutralności włoskiej była zgodna z oczekiwaniami Hitlera. Tylko bowiem neutralne Włochy stwarzały szansę na regionalizację i marginalizację konfliktu niemiecko-polskiego. Neutralna Italia to także groźny szach dla Zachodu, jeśliby zdecydował się on na wypełnienie zobowiązań sojuszniczych wobec Warszawy. W tym kontekście dla Hitlera najważniejsze było zachowanie neutralności włoskiej w tajemnicy tak długo, jak to tylko będzie możliwe. Ze wzrostem napięcia w stosunkach niemiecko-polskich zawężały się możli- wości polskiej polityki zagranicznej. W coraz większym stopniu jej żywotne sprawy były przedmiotem przetargów zakładających „kompromis" zwycięski dla agre- sywnych Niemiec. Zarazem panowała jednak w Europie dość zgodna opinia, dobrze wyrażona 30 września 1939 r. przez brytyjskiego ambasadora Kennarda w telefo- nogramie do Foreign Office, że Polacy „wolą zginąć, niż poddać się takiemu poni- żeniu, zwłaszcza po przykładach z Austrią, Czechosłowacją i Litwą". Alternatywą dla polityki realizowanej przez Polskę było zbratanie się albo ze Stalinem, albo z Hitlerem. Oba te rozwiązania cały rząd ówczesnej Polski odrzucał zdecydowanie i kategorycznie. Także w społeczeństwie polskim postawy kapitu- 322 lanckie lub filogermańskie nie znajdowały szerszego rezonansu. Wola obrony kraju była powszechna, chociaż różnie motywowana. Władze i społeczeństwo w zasadzie nie dopuszczały możliwości związania się z Niemcami przeciw Francji czy Wielkiej Brytanii. Sama myśl takiej konfiguracji wydawała się tak niedorzeczną, że rozprawianie na ten temat wydawało się zdradą, jeśli nie zbrodnią. II Rzeczpospolita swój kres zaznaczyła mocnym akcentem, uwypuklającym jej historyczną rolę inicjatora zbrojnego oporu przeciwko hitleryzmowi, którego inną drogą pokonać nie było można.