Fascynacji ciąg dalszy

Rok 1992 był dla mnie przełomowy. Nareszcie udało się zebrać trochę kasy ,przekonać starych i kupić komputer. Z zebraniem kasy był tradycyjnie wielki problem (ani ja ani brat nie mamy zacięcia do oszczędzania) ale jakoś się udało.
Kupiliśmy Atari 65 XE z magnetofonem XC12 i jednym joyem. Ja co prawda wolałem Commodore`a 64 ale kolega brata twierdził ,że Atari jest lepsze i ma więcej gier (niestety mylił się co do drugiego - w pierwszym przypadku sprawa jest dyskusyjna).
Od tego samego kumpla pożyczyliśmy parę kaset ,podpięliśmy sprzęt pod ruski "przenośny" telewizor ,dla którego zastosowania jak dotąd nie było i hajda wgrywać gierki z kasety. Każdy kto miał kiedyś Atarynkę wie jak przyjemne jest wczytywanie czegoś z magnetofonu - wczyta się jeżeli ta mucha natychmiast przestanie latać koło komputera! No trochę przesadziłem ale naprawdę trzeba było chodzić w tym czasie na paluszkach. Jeżeli do tego dodamy koszmarnie długi czas wczytywania to otrzymujemy obraz "czynności przedstartowych" jakie zabierały większość cennego czasu i jednocześnie sprawiały ,że siłą rzeczy gry nudziły się wyjątkowo wolno (w końcu skoro siedziałem nad wczytaniem tej gry pół godziny to muszę w nią pograć baaardzo dłuuuugo).
Pamiętam ,że pierwszą grą jaką udało nam się odpalić był Robin Hood. Chodziło się tam patykowatym kolesiem i strzelało z łuku do przeciwników - graficznie nic ciekawego ,muzycznie nie wiem bo telewizor był nie przestrojony i nic nie było słychać.
Wspomnę co nieco o kasecie. Oczywiście była piracka ale wtedy było to jeszcze legalne. Pochodziła z firmy komputerowej "Grubcio" i w czasie wczytywania przewijał się napis z nazwą gry ,pozostałym do wczytania czasem (podawanym w blokach) i nazwą oraz adresem firmy. Robin Hood wczytywał się w czasie 101 bloków (o ile dobrze pamiętam) i był raczej bezproblemowym tzn. rzadko występował błąd ładowania. Pamiętam jak kiedyś w czasie wczytywania zabrakło prądu gdy na ekranie radośnie pisało ,że zostały dwa bloki (słowa jakie wtedy z moich ust padły mogły przyprawić o zawał niejednego twardziela).
Na szczęście w dość krótkim czasie dorobiliśmy się turbo do magnetofonu. W Skarżysku Kamiennej (dziejowa zawierucha tam nas rzuciła) było tzw. Studio Komputerowe gdzie można było pograć na Atari czy Commodorze (potem nawet na Amidze) ,kupić pirackie kasety czy dyskietki z grami albo przegrać sobie wybraną grę czy program (wszystko odpłatnie). Poza tym facet montował turbo do magnetofonów i to właśnie on zamontował nasze. To była całkiem nowa jakość ,szybkość wzrosła kilkakrotnie (np. Silent Service zajmował 79 obrotów a nie jakieś 300) no i wreszcie można było skakać koło komputera czy co tam kto chciał (czasem nawet dawało się trząść magnetofonem bez szkody dla przepływu danych). No i najważniejsze ,że na kasetę można było wrzucić od cholery gier ,niestety jeżeli taśma się zagięła za mocno to nawet turbo nie pomagało i grę szlag trafiał (tak straciłem Karierę - jedną z moich ulubionych gier). No i grywało się wtedy sporo - jakieś gry handlowe napisane w Basicu (Panowie i poddani ,Hammurabi) ,symulatory różnej maści (Silent Service ,Tomahawk ,F-15 ) i cała reszta innych o których może kiedyś wspomnę. Potem komputer poszedł w Polskę czyli do mojego kuzyna a my kupiliśmy Commodore 64 z magnetofonem. No cóż mam mieszane uczucia odnośnie tego komputera - z jednej strony ogrom gier ,z drugiej najgorszy Basic z jakiego kiedykolwiek korzystałem ,wyjątkowo chamskie wykonanie (Atari jednak budziło zaufanie swoją solidnością) chociaż działało bezawaryjnie.
Mojemu kumplowi matka wylała sporo wody na Commodora w czasie podlewania kwiatków ,jego akurat nie było a jak wrócił to początkowo nie wiedział co ma robić. Ostatecznie po wytarciu komputera i włączeniu okazało się ,że Commodore wodzie się nie kłania. Minusem tej maszyny na pewno była konieczność ustawiania głowicy za pomocą małego śrubokręcika - inaczej nic nie wchodziło. No i ten wiecznie gorący zasilacz - powstawały nawet o nim dowcipy. Jeden szedł jakoś tak:
Muzeum komputerów rok 2500. Przewodnik do wycieczki: Po lewej widzą państwo komputer Commodore z końca XX wieku. Pomimo ,że od jego wyłączenia upłynęło kilka wieków ten komputer ciągle jest ciepły! 
Faktycznie grzał się skurkowaniec mocno ale mimo to działał. A ciągłe walki Atarowców z Commodorowcami to zupełnie inna sprawa. Ten komputer też długo u nas nie pomieszkał - jakoś po roku też poszedł w Polskę ale co się nagraliśmy to nasze.
Tytuły takie jak Last Ninja ,Giana Sisters czy Laser Squad zna każdy były Commodorowiec (oczywiście tytułów było znacznie więcej). Sprzęt poszedł w obce ręce a my zostaliśmy bez maszynki na długich parę lat. U mnie w liceum były wspaniałe Elwro 800 Junior (polskiej produkcji Spectrumopodobne cacka) ale klasa do której chodziłem nie miała informatyki. Czasami jak mieliśmy zastępstwo z gościem od informatyki to mogliśmy trochę pograć albo porysować w Art Studiu (o ile mnie pamięć nie zawodzi). I tak bez komputera wytrwało się parę lat. W międzyczasie posiadałem arabskiej produkcji klon Nintendo i też było całkiem ciekawie-gry do niego w większości były zręcznościówkami ale niektóre to prawdziwe perełki np. Prince of Persia.
Wyglądem przypominał oryginalnego japońskiego Famicoma (czyli wersję Nintendo na rynek japoński-wersja na USA była inna-grałem kiedyś na niej u kumpla). Kiedys nieźle się wykosztowałem na oryginalny cartridge z Silent Service w polskiej wersji językowej ,co ciekawe gierca różniła się od wersji z komputerów ,które miałem. Tutaj można było strzelać torpedami w atakujące eskortowce przeciwnika z dowolnego dystansu a nie z około 1000 jardów jak poprzednio. Potem jeszcze była jakieś inna kopia Nintendo (chyba chińska-przypominała SEGĘ MegaDrive) i co najlepsze pistolet wchodzący w skład zestawu nie działał ale wystarczyło go rozkręcić ,dopasować części(nie było ich dużo) i ponownie skręcić i potem działał jak trzeba.
Gra na pistolet była jedna ale nie umniejszało to zabawy. Potem chiński klon się popsuł (wtyczka pada została w gniazdku) i zabawa się skończyła. Zaczęła się totalna posucha (czasami pożyczało się Game Boya ale to nie to samo co pełnowymiarowy sprzęt). Kiedy nareszcie moja rodzina zatoczyła koło i wróciła do Łodzi mój brat pożyczył od swojego kumpla blaszaka.
Blaszak nie był najlepszy ale wystarczał do pogrywy w Dooma czy Quake`a (Kwak akurat wszedł na rynek). Jednak najbardziej podobał mi się symulator czołgu "Panzer Commander". Niestety ze względu na niedostatki RAMu i słabą kartę graficzną trzeba było ustawiać detale na minimum. I tak tekstury nakładały się na obiekty będące w odległości 80 metrów od czołgu. W trakcie walki wystrzelałem cały zapas pocisków przeciwpancernych i zostały mi tylko odłamkowe gdy wyjechałem swoim T-34/76 na niemieckie czołgi. Któryś z załogantów zakomunikował po rosyjsku ,że widzi przeciwnika więc ruszyłem do szarży z lekko beznadziejnie zaklinowaną wieżą. Nagle na kanciastej bryle czołgu wroga pojawiły się tekstury i w swoim przeciwniku rozpoznałem Tygrysa Królewskiego(każdy kto choć trochę się zna na sprzęcie pancernym wie ,że nic dobrego to nie wróżyło). Nie wiem jakim cudem trafiłem go w wieżyczkę obserwacyjną dowódcy. Przeciwnik zaczął się palić gdy gdzieś z boku dostałem trafienie ,które wyeliminowało mnie z walki(nie muszę chyba dodawać ,że byłem spocony jak Zatopek na finiszu). I tak "doomało się" lub "kwakało" albo "pancerowało" aż nadszedł czas rozstania. Nie muszę chyba dodawać z jakim smutkiem się żegnaliśmy(a przynajmniej ja). Na szczęście jakis czas później w moim domu zagościł własny blaszak ,który służy mi wiernie do dziś. Razem przeszliśmy trzytygodniowe rozstanie gdy serwisanci usiłowali wymienić wadliwie działający CD-ROM (i w końcu im się nie udało ale tego nie wiedzą bo zapewniali mnie ,że go wymienili). Razem przeszliśmy kilka poważnych awarii Windozy i chociaż nie jest już taki szybki jak kiedyś nadal spędzamy razem dużo czasu. Nie jest to co prawda to samo co Atari czy Commodore ale zawsze coś (nie trzeba ustawiać skosu głowicy w magnetofonie jak w Komodzie ale Windoza też się czasami wiesza-skala doznań czasami porównywalna). Co prawda nowe gry nie dorównują starym ale na twardzielu rezyduje sporo emulatorów starego sprzętu z gierkami (no i trochę starych gier pecetowych) więc gdy łapie mnie nostalgia wracam do starych hitów. Pewnie młodsi gracze uważają mnie za totalnego odfajtańca ale cóż nie zna życia kto nie służył w marynarce ;-).

Gwiazda
gwiazda75@poczta.onet.pl 

 

  Copyright 2001 at-online. Wszelkie prawa zastrzeżone.