1 "Białe obłoki pędziły na zachód. Trzymałem się kurczowo grzywy źrebca. W dotyku przypominała konopny sznur. Patrzyłem uporczywie sponad kanciastej głowy źrebaka, poprzez czubki jego uszu, ale nie mogłem rozpoznać drogi, którą galopowaliśmy, może to była tylko wąska dolina między polami, ale bardzo możliwe, że źrebcowe kopytka tratowały wonną łąkę, zachłystywałem się uderzeniami wiatru i kręciło mi się w głowie, nie wiem dlaczego, czułem tylko, że jest mi niewypowiedzianie dobrze. Zatrzymałem się na zboczu, gdzie przyginały się ku ziemi obgryzione drzewka. Zjechałem z grzbietu źrebca w wysoką trawę. Zwierzę zwróciło na mnie wielkie oczy, a potem zaczęło chwytać ruchliwymi wargami moją rękę. Opędzałem się... ale nie ze strachu, raczej z radości, której nie umiałem nazwać. W górze, na kraju lasu, dostrzegałem oczy. Niebieskie, wołające, zapłakane. Chciałem krzyknąć: "Stój, poczekaj, ja cię znam!..." Pobiegłem w ich stronę. Ale oczy nikły za zakrętami lasu, przedzierały się przez kłującą tarninę, oddalały. Musiałem podążać za nimi. Biegłem i przystawałem dla złapania oddechu, nogi miałem jak z ołowiu, może sztywniały na zamarzniętej powierzchni jeziorka, widziałem oczy niknące w bezkresnej dali... Taki dziwny sen!!..." 2 Niósł w ręce wielkie pudło owiązane sznurkiem. Początkowo zamierzał je umocować na bagażniku roweru, wypożyczyłby go sobie od któregoś z dojeżdżających kolegów, ale króliki, zamknięte w pudle, były tak wypłoszone, że dobrze się musiał natrudzić, aby je w ogóle nieść. Szedł więc pieszo. Co i raz przerzucał niespokojny ciężar z jednej ręki do drugiej. Zatrzymał się przed domem, nad którego bramą uśmiechała się obtłuczona buzia tłustego aniołka, i zagwizdał. Na pierwszym piętrze otworzyło się okno. - Co tam, Milan? - spytała kobieta w kwiaciastej sukni. - Dzień dobry! - zawołał ku górze. - Jest Slawek? - Nie ma. - A nie wie pani, dokąd poszedł? - Nie. - aha... Okno zamknęło się. Zniechęcony schylił się po pudło i powlukł się dalej przez plac. Czubkiem buta odkopywał zamarznięte grudki brudnego śniegu, których słońce nie zdążyło jeszcze roztopić. Na rogu o mało się nie zderzył z drągalem w skórzanej kurtce. Milan wykrzywił się. - Hej, Rorejs, co się snujesz? Dryblas się zatrzymał. Przerzucił gumę, którą pracowicie żuł wystającymi szczękami, z jednej strony na drugą, i gniewnie mruknął: - uważaj, baranie, abym ci kiedy nie przyfastrygował, nie? Milan zrobił minę człowieka, który się nagle dowiaduje, że ktoś, ot tak, dla zabawy, zastrzyknie mu jad żmii. - Ty mnie przerażasz, Rorejs - podjudzał dalej drągal. Ten nagle poczerwieniał i pobiegł za Milanem. Chłopiec z pudłem w ręce robił zręczne uniki. Uskakiwał przed dryblasem i od czasu do czasu coś do niego wykrzykiwał. Ale potem przestało go to bawić i jakby nigdy nic poszedł dalej. "Rorejsowi to dobrze - mruczał do siebie - jeden z największych gagatków w szkole, a ma skuter. Trzy lata temu, jak był jeszcze w dziewiątej klasie, matematyk posyłał go do drugiej klasy, aby dzieciaki mu pokazały, do czego służą wskazówki zegara. Kiedy wreszcie skończył szkołę, tata zafundował mu skuter i Rorejs zadziwia świat. A on ma pod sufitem, zamiast mózgu, trociny. Czy to sprawiedliwe?" Chłopiec wszedł do sieni starej kamienicy. Z trudem wdrapał się na drugie piętro i zadzwonił do oblazłych z farby drzwi z napisem: "Albert Nóżka". Raz krótko, trzy razy długo. Wieki całe czekał, nim drzwi się otworzyły i jakiś malec powiedział: - nikogo nie ma. - A nie wiesz, gdzie jest Waszek? Chłopczyk wetknął w spodnie wyłażącą koszulę i z miną wtajemniczonego oznajmił, że jego starszy brat wyszedł z kimś po obiedzie. Mówili chyba, że idą popatrzeć na wieżę ratusza. - No to cześć... - westchnął zawiedziony Milan. - Co masz w tym pudle? - zainteresował się chłopczyk. - Króliki. Chcesz zobaczyć? - Pochylili się nad pudłem. Milan rozwiązał gruby szpagat, a potem przez chwilę podziwiali cztery wystraszone zwierzątka. - Tutaj, ten rudy, to nie królik! - No jasne, to przecież morska świnka! - Jeszcze nie widziałem! Pokaż, potrzymam ją sobie! - Chłopczyk wziął w objęcia morską świnkę i wetknął nos w jej futerko. - Jak się nazywa? - Bąbel. - B ąbel? Dziwne imię! - Mnie się podoba. - Chłopczyk znów się przytulił do zwierzątka i poprosił: - Milan, wiesz co? Daj mi tę morską świnkę! - Jej właściciel ocknął się. Troskliwie zabrał zwierzątko i odparł: - Morskiej świnki nie. Ale jeśli chcesz królika... dałbym ci nawet wszystkie. Co? - Ale ja bym chciał świnkę. Królików nie mamy gdzie trzymać. - A gdzie byś trzymał świnkę? -- Chłopczyk zrobił zdziwioną minę. - Nie wiem... spałaby ze mną w łóżku! - Przymknął wieko pudła, pośpiesznie zamotał na sznurku dwa, trzy supły i zbiegł po schodach w dół. - To nie dasz mi Bąbelka? - Krzyknął jeszcze za nim chłopczyk z pogróżką w głosie. - Nie mogę... - odezwał się Milan już z bramy. Chłopczyk oparł się na poręczy i wywalił język w stronę chciwego hodowcy drobnych zwierząt domowych. Widocznie ulżyło mu to w zmartwieniu, bo kiedy zamykał z powrotem drzwi, gwizdał już sobie coś, strasznie fałszując. 3 Znalazł ich w końcu przed Ratuszem. Ale nie byli sami. Już z daleka oprócz Slawka i Waszka rozpoznał tego samochwałę Petra, Madlę Stranską i Wendulę. Wszyscy pochylali się nad czymś. Myślał, że przeglądają jakąś książkę, którą Petr trzymał w rękach. Nawet nie zauważyli, kiedy Milan do nich podszedł. Dopiero teraz zobaczył, że przeglądają fotografie. - Pokażcie - wyciągnął rękę. Madla podała mu dwa zdjęcia. - Hej! - powiedziała ze zdziwieniem. - Ty tutaj? - Nie - stwierdził ponuro Milan - za rogiem. Ale nikomu o tym, Madla, nie mów... - Roześmieli się wszyscy, po chwili jednak wrócili do oglądania zdjęć. Ich twarze przypominały zatroskanych detektywów rozwiązujących tajemnicę odcisków palców przestępcy... - Kto to robił? - zapytał Milan. - ja - odezwał się Petr. W jego głosie zabrzmiała nuta pychy. - Ty? - Spytał niedowierzająco Milan. - Uszom nie wierzę... - Popatrz, Madla, tu jesteśmy obie, jak chłopcy oblewają nas wodą! - krzyknęła z zapałem Wendula. - Pokaż... - Dlaczego nie mógłbym ich zrobić? Nie wiesz... Milan bez słowa wzruszył ramionami. - To nic trudnego - ciągnął Petr. - Wrzucasz to do wywoływacza... - ...a potem do kosza - dokończył Slawek. - No nie... naprawdę, chłopaki, to jest okropnie proste - Petr próbował ich nadal przekonywać o swych talentach fotograficznych. Ale nie bardzo go słuchali. Oglądali zdjęcia, odnawiali wspólne przeżycia z ostatniej wakacyjnej wycieczki... To było w ostatnią niedzielę sierpnia. Powiedzieli sobie, że zanim jeszcze wciągną ich nużące codzienne dni szkolne, muszą gdzieś iść, po prostu zrobić jakiś wspólny wypad. Nie wyznaczali sobie żadnego określonego celu. Ot, powędrują trzy godziny brzegiem rzeki, pod prąd. A potem w kociołku na ognisku ugotują obiad. I po raz ostatni w tym roku się wykąpią. I będą się jeszcze opalać... Prawie wszystko im się udało.Tylko, że w powrotnej drodze Wendula zwichnęła sobie nogę w kostce. Skakała przez wielkie głazy, raz i drugi, parę razy jej się to udało, ale nagle potknęła się i upadła na ziemię. Pomogli jej się dostać do najbliższego przystanku, strasznie długo czekali na autobus. Nikomu nie przyszło do głowy wezwać karetkę pogotowia, wszyscy byli rozczarowani, że wycieczka im się nie udała. W końcu odwieźli Wendulę do szpitala. Jakiś czas potem chodziła do szkoły z nogą w gipsie. Milanowi wydawało się, że to było już strasznie dawno. Ale nawet wspomnienie miało w sobie woń rozpalonych od słońca kamyków na brzegu rzeki, wśród których można szukać perłowych muszelek małych małży, zniekształconych i powykrzywianych korzeni olchy i tataraku... - ...i dużo też zależy od papieru. Jeśli chcecie mieć połysk, musicie mieć specjalny papier. Mój tata ma... - ciągnął swój monolog Petr. W ogóle mu nie przeszkadzało, że nikt go nie słucha. - Daj spokój z tatą - zgasił go Milan. I wetknął sobie za kołnierz szalik. Nagle spostrzegł, że na włosy Wenduli spadł wielki płatek śniegu. Może to wiatr go zwiał z jakiegoś parapetu. - Pokaż, Ula... - dotknął jej włosów i ostrożnie zrzucił na ziemię biały puch. Koniuszkami palców wyczuł ich przedziwną miękkość. Zmieszany pochylił się nad swoim pudłem, aby nie widzieli jego twarzy. Dopiero teraz zauważyli ubrudzoną paczkę na ziemi i zaczęli się interesować jej zawartością. - Co tam niesiesz? - Zapytał Slawek. - Brontozaura! - warknął ze złością Milan. - Człowieku, dwie godziny uganiam sięza tobą po mieście z wywieszonym językiem, a ty sobie tutaj poćwierkujesz z dziewczynami! - Czego chcesz? - Żebyś wziął do siebie moje króliki! - Ja? - No, jasne. Ty albo Waszek. Nie mógłbyś, Waszek? Waszek przestąpił z nogi na nogę. Potem nasunął czapkę na czoło i odparł: - Człowieku, jakbym to przyniósł do domu, zaczęłaby się taka polka... coś ty, moi nie przepadaj za zwierzętami. - Slaweczku - błagał Milan - więc musisz ty. Gadałem już nawet z twoim bratem. Był także za... - A dlaczego nie zostawisz ich u siebie? Milan rozłożył bezsilnie ręce. - Nie mogę. Po prostu niewykonalne. Tata by mi je wyrzucił. Miałem kafkę Andzię. Piękną. Kiedyś si rozzłościł, że mu gdzieś wyniosła spinki do mankietów - i musiała zniknąć. - Króliki trzymałeś u woźnego w szkole. Dlaczego ich tam nie zostawisz? - Dziwiła się Madla. - On jest przecież dobry, poczeka... - Tak, dobry - westchnął chłopiec. - Tylko jego żona zaczęła wczoraj wariować, pokłócili się, wymówiła mu, że nic, tylko się kręci koło códzych angor, a ona musi posadzić kwokę na jajach. Więc moje kłapouszki musiały opuścić kojec. I morska świnka też... - Masz ją tutaj? - Zainteresowała się Wendula. - Jasne. - Pokaż! - Nie mam ochoty. - Milan! - dołączyła się do prośby Madla. - Jesteście jak małe... - ale znów rozwiązał sznurek. Pomogli mu wydostać morską świnkę. - Ale śliczna - westchnęła Wendula. - Prawda? Chciał to usłyszeć jeszcze raz, jakby mu powiedziała coś strasznie miłego. A przecież było to jedno króciutkie zdanie, które w dodatku odnosiło się do tego rudego zwierzątka. - No, Bąbelku, pokaż, jaki z ciebie piękny kawaler! - To jest on? - zachichotała Madla. - No, jasne. Pan Bąbelek. - Ty, Milan - spytał Slawek - a na kolację starczyłby wam? Pogłaskał morską świnkę i odparł ze zdziwieniem: - Aleście mądrzy! Morska świnka nie jest do jedzenia. - A do czego właściwie jest? - No, do niczego - próbował wyjaśnić Milan. - Wystarczy, że jest ładna, nie? - Hm - mruknął ktoś niedowierzająco. Świnkę morską też byś oddał? - zapytała nagle Wendula. Przestąpił z nogi na nogę jak niedźwiedź. Spojrzał kątem oka na dziewczynę, a potem utkwił wzrok w czubki butów. - Bąbla na razie nie... Spróbuję w domu, może... Chociaż będzie trudno. Gdyby nasza Lilina nie była taka potwornie stuknięta... - Wasza Lilina idzie do szkołyteatralnej, prawda? - spytała Madla. - Nie wiem. Ona mnie nie obchodzi... Chyba tak. - No, ładny z ciebie braciszek... - Mam inne zmartwienia. Waszek a może ty? - No, nie mogę, naprawdę. Przecież ci mówię, tata by mnie rozszarpał na kawałki. Tylko Slawek. - Dobra, wezmę je - zgodził się Slawek. - Ale i tak w domu będzie wielka awantura. Zamiast powtarzać wzory matematyczne - przytarabanię się z królikami. Milan uśmiechnął się. Zawiązał pudło. - Daj! - powiedział do Wenduli i wepchnął morską świnkę za koszulę, a pudło podał Slawkowi. - Leć do domu, żeby mi się na tym mrozie nie przeziębiły! - Tobie? Myślałem, że są moje. - Właściwie tak, możesz je sobie zostawić. Tylko już biegnij do domu. - Co mnie ciągle wyganiasz do domu. Tam to już sam trafię! Milan z rezygnacją machnął ręką. - No to rób, co chcesz. - Ale jak ty, Milan nie zwariujesz kiedyś od tych kudłatych stworów, to ja jestem cesarz chiński - dziwiła się Madla. - Wiesz, Madlinka, każdy z nas jest stuknięty na swój sposób. Niektórzy na przykład jeszcze w dziewiątej klasie bawią się lalkami. Madla się obraziła. Podniosła kołnierz od palta i powiedziała ze złością: - O Boże... i co w tym złego? - Nic - uspokajał ją Slawek. - Po prostu, małym dzieciom są jeszcze potrzebne. Aby się nie mazały... - Poczekajcie, chłopaki, niedługo odechce się wam tych przechwałek. Za parę miesięcy zaczniecie gdzieś harować, aż będziecie bańki uszami puszczać. - Czy w waszej klasie dyrektor rozdał już zgłoszenia do szkół? - Zapytała Madla. - Aha... wczoraj... do licha, jak mi marzną nogi. - Slawek zatupał po chodniku. - No to spływaj do domu - poradził troskliwie Milan. - Ogrzejesz się. Co tam, Wendula, wpisałaś? - Na pierwszym miejscu technikum ekonomiczne, na drugim Ogólniak - Całkiem mądrze, wiesz? - pokiwał głową Petr. - Dlaczego? Petr wyniosłym ruchem odrzucił czuprynę. - To jasne. Do ekonomicznego się nie dostaniesz, to pójdziesz do Ogólniaka Jeśli cię tam przyjmą... Slawek wyczuł, że powinien się odezwać. - Grunt, żeby się tobie wszystko udało, Petriczku! - Tak, Petr, byleby tylko Zwrócić na siebie uwagę, przyjechałby pod kamerę na świni. - A ty, Waszek? Waszek zrobił tajemniczy ruch ręką, wyprostował szerokie plecy i wreszcie oznajmił, że będzie murarzem. Jak ojciec i dziadek. Slawek z przemądrzałą miną głaskał się po brodzie. - Tak, tak - zaczął niezwykle serio. - Właściwie niedawno gdzieś wyczytałem, że z myślą o tobie będą stawiać solidniejsze rusztowania. Aby cię utrzymały! Ale Waszka niełatwo było wytrącić z równowagi. Był flegmatykiem. - Milan? Milczał. Wendula szturchnęła go. - Co wpisałeś? - Ja... Nic... - Jak to? - Właśnie tak. Po prostu nie oddam dyrektorowi zgłoszenia. - Nie wygłupiaj się. Musisz przecież gdzieś... Zamiast przydługich wyjaśnień, tylko wzruszył ramionami. - Muszę już iść. Cześć! Daj im coś wieczorem - powiedział jeszcze do Slawka. - Na przykład skórki od chleba. Odwrócił się i poszedł. Ze zdziwieniem patrzyli za nim. - Co mu jest? - zapytała cicho Wendula. - Nie wiem... - Slawek nie umiał wyjaśnić dziwnego zachowania kolegi. - Wiadomo, chce być interesujący - stwierdził Petr. - Może jest zadurzony. Nie podjęli tematu. Patrzyli długo w ślad za przyjacielem, póki im nie znikł z oczu na drugim końcu ulicy, za rogiem obdrapanego domu. Dalsza rozmowa przypominała podartą sieć rybacką, w której tylko z rzadka, tu i tam, zatrzepoce płotka.Nadzieja na weselszą zabawę rozpłynęła się jak kałuża kawy rozlanej na stole. Rozeszli się. 4 "W ostatnich paru miesiącach wszystko się u nas w domu zmieniło. Rozwalona na tapczanie Lilina zaczytuje się w tych swoich głupawych książeczkach, mama stąpa na paluszkach, aby przypadkiem, broń Panie Boże, nie przeszkadzać Lilince, a tata zrzędzi, bo nie może spokojnie przeczytać sobie gazety, nie może wyciągnąć się na tapczanie ani włączyć telewizora, nie wolno mu palić ani mlaskać przy jedzeniu, nie wolno robić co najmniej trzystu innych rzeczy, ponieważ rozpraszałoby to Lilinę. Lilinka Mrazkówna uczy się roli teatralnej. A kiedy ja wracam do domu - raptem staję się dla wszystkich nieznośne i wstrętne chłopaczysko, które nie ma za grosz wychowania - mój Boże, co z tego nicponia wyrośnie? Nigdy jeszcze nie wracałem do domu tak niechętnie. Za każdym razem, kiedy chwytam klamkę, mam uczucie, że się dławię. Duszę się w kuchni, choć są otwarte okna, duszę się wszędzie, boli mnie niezrozumienie ze strony niby to bliskich..." 5 - Tato, jaki dziś masz humor? - Zapytał Milan po wysłuchaniu chyba z piętnastominutowego kazania mamy na temat późnych powrotów ze szkoły. Nawet nie próbował się odszczekiwać. - Byłem z Biedronką w pokoju nauczycielskim. Ppomagałem jej. - Z Biedronką? - Zdumiała się matka. - To przecież nasza wychowawczyni. Żuczkowa. Tak ją nazywamy. Matka z dezaprobatą pokiwała głową. - A poza tym powinieneś mieć lepsze stopnie. Myślisz w szkole tylko o samych gałgaństwach. Potem się dziwisz... - Ale, mamo... Zasób matczynych rad był niewyczerpany. Jej słowa płynęły rwącym strumieniem. Na szczęście Milan otrząsał się z nich jak młody psiak z wody i w jego pamięci nie zostawała ani kropla tej wychowawczej strawy. Spojrzał na ojca. - Mów, o co chodzi - odezwał się rzeczowo ojciec. - No tak, jestem zimny jak głaz... - Chłopak powtórzył ostatnie słowa matki. Ojciec odłożył gazetę i spytał podejrzliwie: - Coś się stało w szkole? - No, nie... - Więc czego chcesz? Milan powoli, powolutku sięgnął za koszulę. Wyciągnął przestraszoną morską świnkę. - Zobacz... Lilina na tapczanie pisnęła przerażona: - Szczur!!! Brat spojrzał na nią z politowaniem. - Ale ty masz główkę nie od parady. Jak zawsze! Ojciec i matka nic nie rozumiejąc popatrzyli na zwierzątko. Potem oboje naraz zaczęli wypytywać, gdzie je zdobył. - Dostałem ją, wiesz, tato, za te dwie angory. Prawda, że mogę ją trzymać w domu? Mamo, wstaw się za mną! - Brzydzę się tego! - Oznajmiła Lilina. - Niech Milan natychmiast wyrzuci to paskudztwo. Mamo, powiedz mu! Milan poczuł się dotknięty. - Słuchaj, kochana siostrzyczko! - rzekł głaszcząc morską świnkę - kiedy ty będziesz tak ładna, jak Bąbel, jest obrzydliwy - wybiorą cię na Miss 2000 roku. No, więc jeszcze parę latek poczekasz sobie... Lilina aż podskoczyła na tapczanie. - Tato, on mi ubliża. Matka postawiła na stole talerze z kolacją. - Przestańcie się kłócić i chodźcie jeść! - Tato - Błagał wytrwale Milan - no, powiedz, mogę ją sobie zostawić? Wiesz, ja ją będę trzymał tutaj, pod tapczanem, w pudełku, słowo, ona jest strasznie fajna! Tato, prawda, że mogę... Ojciec przysunął krzesło do stołu i pochylił się nad talerzem z tłuczonymi kartoflami. Mama utartym zwyczajem najpierw stawiała talerze z kartoflami, potem dopiero proponowała kotlety. Milan je bardzo lubił. Ale teraz był nieszczęśliwy, że ojciec nie daje się ubłagać. Słowo "zobaczymy", które mruknął znad talerza, dawało bardzo małą nadzieję. - Lilina? - zapytała matka z kotletem na widelcu. - Pół małego... - Pisnęła. - Tato? - Jeden. I mało sosu. - A ty? Milan bez słowa podniósł dwa palce do góry. str. 26